(napisany ze zgryzoty)

Co tu dużo mówić – najlepiej jest wtedy, gdy kartka (strona edytora) jest jeszcze pusta. Jest, w owym momencie (na niej) najwięcej możliwości. Nic nie kierunkuje ani nie ogranicza. Pusta kartka daje komfort. Szczególnie wtedy, gdy się nie jest pisarzem a jedynie jakiś wewnętrzny imperatyw każe zasiąść i coś napisać. I właśnie wtedy, jest ta ostatnia chwila, kiedy to… Mogę wszystko! Mogę wierszem, mogę prozą. Mogę dowcipnie lub na poważnie. Mogę powieść, wiersz, autobiografię lub haiku. I upajam się tą chwilą, bo wiem, że później, to już będzie jedynie gorzej i gorzej.

Zamotany w logikę zdań poprzednich, będę musiał składać następne. Ale już mi będzie brak owej pierwotnej wolności. Już, następne musi wynikać z poprzedniego. Już są ramy, ścieżki i inne szykany. Już w sobie nie będę miał takiej skoczności myśli i tego szerokiego spojrzenia na wszystko. Bo już skalałem. Bo nadałem kierunek i zwrot. Margines wolności zmniejsza się z każdym napisanym zdaniem. W końcu zostanę niewolnikiem własnego pisania. I nic już nie będzie dowolne i nakładane szerokim gestem. Jak ryba w słoiku, będę obijał się o ścianki, które sam sobie napisałem. I to jest fatalne.

Bo najlepiej by było pisać o wszystkim i naraz. Bez bawienia się w tę całą logikę wypowiedzi, bez całej tej przyczynowo – skutkowej układanki. Po prostu pisać sobie i tyle. No, niby można by pokusić się o jakieś zapiski klinicznego idioty – bez sensu, logiki i myśli przewodniej. Okraszone dodatkowo, rysuneczkami prostymi jak siusiak na murze i przeplatane gilami kapiącymi z nosa – w trakcie tej radosnej twórczości. Ale na to nie pozwalają mi z kolei, miłość własna, ego i perfekcjonizm, które każą jednak pokazać się w najlepszym świetle.

I to zresztą, pewnie będzie największy gwóźdź do trumny moich starań. Bo jednak (chyba) zawsze mi najlepiej wychodziło wtedy, gdy miałem gdzieś wszelką ocenę czy wścibskie oczy innych. Nie mówię tu tylko o pisaniu. A miłość własna rośnie wraz z wiekiem. A ten mam już jednak jakiś, więc szepcze mi ona dość natrętnie, żebym się jednak postarał, żebym pokazał, iż całe te lata nie poszły psu na budę. Że jednak warto mnie było trzymać przy życiu tyle czasu, bo niespodziewanie i nagle – proszę!  Oto jest! Widzicie?

Miłość własna we mnie wierzy. Ego doda też swoje trzy grosze. Perfekcjonizm – a jakże. Ale to nie są żadni sprzymierzeńcy. Bo tylko napiszę pierwsze zdanie a już wiem co będzie.

– Stać cię na najlepsze – niby to, zachęci miłość własna.
– Jest dobrze ale da się lepiej – uśmiechnie się parszywie perfekcjonizm.
– Dupy z zachwytu nie urywa, postaraj się być niepowtarzalny – zmarszczy się ego.

A ja będę ich słuchał, bo mają nade mną moc sprawczą i nie umiem się od nich uwolnić.
I tak umrę, pisząc cały czas, pierwsze zdanie swojej książki – do końca zasranych dni moich.
Dni, które już zawsze będą naznaczone oparem własnego nieudacznictwa i siermięgi umysłowej. Co i może wcale nie jest takie zupełnie od rzeczy.

Nie zmienia to jednak faktu, że czasami pisać mi się chce.
I to jest jedna z moich wielu zgryzot.

 

 

>>> TU JEST DALSZY CIĄG MOICH ZGRYZOT <<<