Zawsze myślałem, że jedyną zmorą w mojej abstynencji będzie brak alkoholu.
Ot, po prostu – będzie chciało mi się pić.

Życie dość szybko i ochoczo rozszerzyło ten zakres moich emocji. Okazało się bowiem, że jest jeszcze jeden czynnik, od którego byłem uzależniony.  Tym czynnikiem była adrenalina.

Bo oto, przestałem pić a co za tym idzie – przestałem robić pewne rzeczy, spotykać się z pewnymi ludźmi i bywać w pewnych miejscach. Wskazania terapeutyczne (bezcenne!) nakazywały pewne, dość generalne, zmiany w moim dotychczasowym zachowaniu.  W związku z tym, zostałem pozbawiony większości mojego, dotychczasowego życia.
A innego nie znałem, bo…
Zapomniałem.

Moje życie z alkoholem to również życie z pewną dawką adrenaliny. Jak piłem – przeważnie coś się działo.
Podstawowym zagadnieniem, zawsze była troska o to, aby nie zabrakło środków na alkohol. Zdobycie środków na dalsze picie (a były to metody bardzo różne) utrzymywało mnie w pewnym napięciu i stresie. Dni kolejnego ciągu alkoholowego (jak już zaczynało brakować kasy) to jedna wielka dawka adrenaliny.

Do tego krajobrazu dochodzą również układy towarzyskie oraz wydarzenia mające miejsce w kręgu osób, z którymi piłem. Zawsze coś się działo. Czasami były to wydarzenia większe, czasami mniejsze, ale zamknięty krąg ludzi i alkohol, powodowały to, że przeżywałem (oraz inni) pewne sprawy ostrzej. Moje emocje przyjmowały chętnie wartości dość skrajne – w związku z tym, że po kilku dniach ciągu alkoholowego miałem zaburzoną skalę oceny wydarzeń. To również dawało sporą dawkę adrenaliny.

U mnie, dodatkowym źródłem adrenaliny było jeszcze „samonakręcanie”.
Zawsze był jakiś temat dyżurny – a to polityka, a to wydarzenia miejscowe, a to cokolwiek innego.
Zawsze musiałem mieć coś, co mnie nakręcało. A nakręcić się nie było trudno. Zresztą, większość pijących ze mną, też miała podobne tendencję – tak działają zaburzone emocje. W takim towarzystwie łatwo było o pewne napięcie.
A napięcie to adrenalina.

A jak pewnie wiecie (lub nie) od adrenaliny można się uzależnić bardzo mocno.
Adrenalina jest specyficznym narkotykiem. I też woła o swoje.

I tak, po zaprzestaniu picia alkoholu – zabrakło adrenaliny.
Życie stało się nudne i jakieś takie – bez smaku.

Był to bardzo poważny czynnik zagrażający mojej abstynencji. Pamiętam, jak (obok braku alkoholu) brakowało mi tego, aby coś się działo. Łaziłem jak struty. A przecież był to czas, kiedy to jeszcze nie miałem nowych zajęć, nowych znajomości czy nawet umiejętności zajęcia się czymś konkretnym, co by mnie jakoś zajęło.
Po prostu nuda.

A nuda jest jednym z moich wyzwalaczy, czyli prostą drogą do stanów nieciekawych i niebezpiecznych. Stanów, które mogą sprowokować to, że będę bardziej podatny na przyzwolenie sobie tego, czego muszę się wystrzegać.

Prawdopodobnie (akurat mnie) uratowało to, że codziennie byłem wśród innych alkoholików. Nie piszę tak dlatego, żeby było „po linii i na temat”. Kontakty z ludźmi (a tylko inni alkoholicy byli bezpieczni i dostępni – w tym czasie) dawały pewne zajęcie i odejście o ciągłej nudy. W czasie moich pierwszych miesięcy abstynencji, właśnie inni ludzie z takim samym uzależnieniem, uratowali mnie od beznadziei mojej egzystencji, od kręcenia się wokół własnych (niezbyt ciekawych) myśli i wielu spraw, które mnie wtedy uwierały.
Dodatkowo, dawały nadzieję, że to (brak adrenaliny) też mi kiedyś przejdzie – tak, jak im.

I przeszło.
Dzisiaj wiem, że ten problem nie dotyczył jedynie mnie.
Wielu moich znajomych alkoholików miało podobny deficyt adrenaliny.
Z własnego doświadczenia wiem jakie to jest groźne, bo wiele razy z tego powodu zaczynałem kolejny, fatalny ciąg alkoholowy.  Ale dzisiaj, wiem również, że można z tym sobie poradzić.

Najlepiej wspólnie – w towarzystwie tych, którzy wiedzą o czym mówię.