Jakiś (dość długi) czas musiał minąć, zanim powoli zacząłem odzyskiwać to, co miałem kiedyś na wyposażeniu a co wypłukał ze mnie alkohol.

Chodzi mi tu o emocje.
Tyle, że nie o te, zmodyfikowane przez mój tryb życia, czynnego alkoholika. Chodzi o emocje podobne do tych, jakie mają ludzie nie obarczeni żadnym uzależnieniem niszczącym psychikę.

W czasach mojego picia (czy to w trakcie ciągów alkoholowych, czy to w przerwach między nimi) moja psychika zrobiła we mnie pewne „porządki”. Usunęła ze mnie większość stanów pośrednich a pozostawiła emocjonalne skrajności. Nie wiem jak u was, ale u mnie wychodziło to na każdym kroku. Prym tu wiodły emocje, które odczuwane są jako nieprzyjemne. Z tymi przyjemnymi to miałem raczej spory deficyt bo moje życie aktywnego alkoholika rzadko dawało powód do odczuwania emocji przyjemnych. Pewnie też, w związku z tym, nastąpiła we mnie pewna atrofia (zanik) tych wszystkich emocji, które zwykły człowiek odczuwa jako miłe, przyjemne i stanowiące pewną przeciwwagę dla codziennych utrapień.

No, co tu dużo mówić – pozostało to wszystko, co napędzało mnie do dalszego (wcześniej czy później) picia.
Złość, zniechęcenie, strach, panika, zagrożenie, wyobcowanie i wiele, wiele innych – powodujących to, że moja egzystencja była jednym, wielkim pasmem udręczenia.Dodatkowo, emocje te nie miały wielu odcieni, Przeważnie ukazywały się w wersji bardzo ekstremalnej.

Nawet, jeżeli pozostały we mnie jakieś szczątki emocji (teoretycznie) odczuwanych przyjemnie to ukazywały się one zupełnie nieadekwatnie do sytuacji i w stopniu bardzo stężonym.

Wzruszaliście się do łez z byle powodu? Ja tak.
Mieliście napady niezasadnionej dobroci? Ja tak.
Mieliście napady nieuzasadnionej euforii? Ja tak.

I tak dalej…
W ekstremalnym przypadku (jak byłem sam i w trakcie picia) potrafiłem przeryczeć jakiś debilny film, który (na trzeźwo) nie miał nic takiego, co by wycisnąło komukolwiek choć jedną łzę. Kiedyś się bardzo tego wstydziłem. Nawet teraz, jak to piszę, to mi trochę głupio. Mimo, iż wiem, że to była jedynia choroba i to „wódka płakała”.

Ale wracając do pierwszego zdania.
Od jakiegoś czasu, moje emocje nabrały pewnych odcieni – pewnych stopni natężenia. Powiem więcej – pojawiły się nowe. A raczej stare, ale już dawno zapomniane.

Przestało być „albo zero, albo maksimum” a zaczeło się stosownie do sytuacji.
Bardzo to dobry objaw, ponieważ pozwolił mi na lepsze kontakty z rodziną oraz wszelkimi, innymi ludźmi. To dla mnie ważne.
Przykładowo; złość.
Życie jest takie a nie inne i czasami coś człowieka zezłości. Ale teraz maja złość nie uderza jak taranem. Jest stosowna do sytuacji.
Inne emocje również układają się do tego, co mnie spotka. Bez wielkich zrywów, Himalajów emocjonalnych i wszystkiego tego, co mnie (na dłuższą metę przerasta.
Dzisiaj, moje emocje są na tyle „wyregulowane”, że nie wymagają ode mnie szybkiego ich odreagowania. A odreagowanie to mam wyuczone jedno – alkohol.

Tu się muszę przyznać, że do dzisiaj, jeszcze nie bardzo umiem odreagować zebrane przez dłuższy czas, skrajne emocje – bo one czasami się pojawiają, w moim życiu.
Dlatego powrót do pewnego stopniowania (przez moją psychikę) emocji jest dla mnie niezwykle istotny i pomocny w procesie trzeźwienia. Dobrą i przepracowaną metodą na to, aby sobie nie fundować ekstremalnych i odczuwalnych jako nieprzyjemne, emocji jest omijanie wszystkiego tego, co je generuje.

Szerzej o tym omijaniu: TUTAJ i TUTAJ

Idąc dalej, muszę (z lekkim zdziwieniem) powiedzieć, że powróciły takie uczucia jak:
– miłość (nie chodzi o tą, cielesną),
– empatia,
– bezinteresowna radość,
– czułość (z wyrażeniem tego jeszcze dość ciężko, ale…),
– wzruszenie (ale takie zwykłe, ludzkie a nie pijackie) ,
– pewne dobro we mnie (nie umiem tego zdefiniować),
– inne, równie jeszcze nie zdefiniowane, bo jakoś dawno nieużywane…

Z początku (jak to zauważyłem) włączał mi się stary mechanizm obronny. Bałem się tych emocji i uczuć. Bałem się, ponieważ w trakcie mojego picia, nigdy nic dobrego z nich nie wynikało – jak jeszcze były. „Koledzy” od butelki (a i ja – później) umieli wykorzystywać takie stany emocjonalne, u innych. Manipulacja na całego.
Czas jakiś musiał minąć, abym zrozumiał i zaakceptował (!) fakt, iż nic mi nie grozi. Że skorupa, która to wszystko pokrywała jest już zbędna, bo obracam się wśród ludzi, którzy patrzą na świat zdecydowanie inaczej niż ja – w czasach picia.
Długo bity pies też się boi ludzi i musi upłynąć sporo czasu, aby podszedł do wyciągniętej ręki. Ja byłem takim psem. Bitym przez picie alkoholu i to wszystko, co z tego powodu wynikało.

Dzisiaj już (ostrożnie) podchodze, kiedy Życie podaje mi rękę.