Chodząc na mitingi AA, zauważyłem pewne zjawisko, dotyczące nastawienia do abstynencji. Nie piszę „do trzeźwienia”, bo z tym jest dość różnie. Chodzi mi o to, że (z grubsza) dzielimy się na dwie grupy.
Pierwsza z nich, stanowiąca przytłaczającą większość, to ludzie, którzy swój alkoholizm traktują jak krzyż, który niosą przez życie. Swoją abstynencję traktują (odczuwają?) jako stan dokuczliwy, niosący ze sobą (przeważnie) wiele uciążliwości, wyrzeczeń, ograniczeń i sytuacji niosących ciężkie wyzwania. Ciężko się słucha tego typu ludzi, bo dla mnie wynika z ich opowieści, że cała ich abstynencja to jedno pasmo nieszczęść, których nie mieli za czasów picia.
Nie ma może w tym nic dziwnego, jeżeli taką postawę ma ktoś, kto nie pije tydzień, miesiąc lub trzy miesiące. Dla mnie te początki też bywały trudne. Gorzej, gdy widzę podobną postawę u kogoś, kto nie pije już dość długo – ponad rok, przykładowo.
Powiem ze swojego doświadczenia, że i ja miałem takie czasy. Też uważałem, że abstynencja nakłada na mnie same restrykcje i ograniczenia a życie z nią to ciężki kawałek mojej historii. Stan taki, prowadził (prędzej czy później) do kolejnego picia. No, bo przecież nie można ciągle żyć w świecie nieprzyjaznym i pozbawionym cech pozytywnych. Dodatkowo – na własne życzenie.
Prędzej czy później zmęczyło mnie to tak, że wydawało mi się, iż jedynie alkohol może ulżyć mi (innych sposobów nie znałem) w tym dźwiganiu swojego krzyża.
I patrząc po tym, jak zmieniają się koleje losu innych alkoholików – nie tylko ja tak miałem.

Druga grupa (niestety – dużo mniej liczna) to ludzie, którzy znajdują radość w tym, że nie piją. Ja również do niej należę. Mimo, że wcale nie mam lżejszego życia od alkoholików z grupy pierwszej – staram się szukać w swoim trzeźwieniu pozytywów. Na każdą sytuację można spojrzeć według znanego schematu. Problem lub wyzwanie. Coś, co mnie zmusza lub coś co mnie buduje. Życie ze zniechęceniem lub z ciekawością.
Dla mnie, nastawienie do mojego trzeźwienia, jest generalną bazą do sukcesów. I jak się okazuje, jest w tym życiu wiele pozytywów i sytuacji fajnych. Tylko trzeba je umieć spostrzec a nie przywalić problemami. Potrafię się cieszyć małymi sukcesami. Nawet bardzo małymi. Potrafię docenić, że w ogóle mam jakieś normalne (!) problemy, których zazdrościłem innym – w czasach gdy piłem i byłem kompletnie wyłączony z życia.

Codziennie rano znajduję chwilę czasu na to, żeby pocieszyć się tym, że nie mam kaca, że nie muszę szukać alkoholu lub pieniędzy na dalsze picie. Cieszę się tym, że jestem, że mam możliwość normalnego funkcjonowania, nawet jeżeli niesie to ze sobą wiele wyzwań.
Wieczorem znajduję chwilę czasu na to, aby „pochwalić się” samemu za to, co mi się udało. Za to, że nie zrobiłem niczego takiego, co negatywnie odbije się (dzisiaj lub w przyszłości) na moich emocjach. Że przeżyłem dzień jak normalny, zdrowy i dojrzały facet.

I to jest dla mnie tajemnicą lepszego i lżejszego trzeźwienia.
Czego wszystkim Wam, również życzę.