Jest takie fajne powiedzenie, które mówi, że nie należy się kopać z koniem.
Pewnie, że można (też się kopałem), ale wynik jest raczej do przewidzenia.
W moim przypadku, takim koniem jest alkohol.

Wiele lat musiało upłynąć, żebym zdał sobie sprawę z tego, iż nigdy nie będę silniejszy od mojego przeciwnika. Zdałem sobie sprawę (dzięki innym alkoholikom oraz własnej historii), że moje porażki w tych konfrontacjach, są sprawą normalną i z góry przewidywalną.

Efekt był zresztą, zawsze taki sam. Prędzej lub później – to jedynie kwestia czasu.
Pytanie nie brzmiało, czy zapiję kolejny raz?
Pytanie brzmiało – kiedy?

Najciekawsze z tego jednak jest to, że rozwiązanie problemu miałem zawsze pod nosem. Terapia odwykowa, terapia poszpitalna i mitingi, podawały mi to na talerzu. Taki bardzo prosty sposób na zminimalizowanie zagrożenia, które określa się jako „głód alkoholowy”. Czyli tej sytuacji, która często pchała mnie w kierunku picia.

Moja historia, to bardzo długo – historia człowieka, który był alkoholikiem, ale…
No właśnie…
Innym? Lepszym? Bardziej odpornym? Nie wiem. Może wszystkiego po trochu.
W każdym bądź razie – nie wszystko mnie wtedy dotyczyło. Tak mi się przynajmniej wydawało.

A nie dotyczyły mnie ZALECENIA!
Zalecenia, które są świetną szkołą uników. Czyli wskazówkami na to, jak nie kopać się z koniem, który nazywa się alkohol.
Za długo czasu upłynęło, do momentu, kiedy zalecenia stały się dla mnie codziennością. Ale dobrze, że w ogóle do tego dorosłem.
Dzisiaj jestem mistrzem w unikach. Dzisiaj już nie walczę. Nie ma sensu.

Dzisiaj:
– Nie bywam na imprezach z alkoholem.
– Nie chodzę w miejsca, w których piłem.
– Nie utrzymuję kontaktów z osobami, z którymi piłem.
– Nie mam alkoholu w domu.
– Nie słucham opowieści o „radosnym” piciu.
– Nie kupuję alkoholu innym.
– Nie udowadniam sobie, że jestem „mocny”.
Przestrzegam programu HALT, czyli staram się nie być głodny, zły, zmęczony i samotny. A przynajmniej nie na dłuższą metę i nie jednocześnie.

Ja (dodatkowo), nie ukrywam, że jestem niepijącym alkoholikiem. Nigdzie. To mi ułatwia życie, bo rzadko ktoś mi proponuje wspólną wódkę czy podobne sytuacje.I tym, dość prostym sposobem, żyje mi się spokojniej i bezpieczniej.

Oczywiście – nie tak zupełnie, bo jednak jestem alkoholikiem i mimo wszystko, czasami moja choroba pokazuje mi, że nie śpi. Ale przynajmniej jej nie drażnię – na własne życzenie.

Dzięki „sztuce uników”, która jest moim (i nie tylko) fundamentem zachowania abstynencji, mam znakomicie większe szanse na utrzymanie abstynencji, na trzeźwość i normalne życie.

Czego wszystkim życzę.