No, właśnie…
Wydawałoby się, że to takie proste.

Być wolnym!

Tyle, że sama definicja tej wolności jest już dość skomplikowana.
Bo cóż to oznacza „wolny”?

Wolny, czyli nie zniewolony. Nie zniewolony przez ludzi, sytuacje, narzucone zasady czy wreszcie samego siebie.
O ile pierwsze trzy opcje (ludzi, sytuacje, narzucone zasady) są jeszcze czytelne i możliwe do określenia, o tyle opcja ostatnia (samego siebie) zaczyna trącać jakimś rozwarstwieniem i niespójnością osobowości.
No, bo czy można jednocześnie pragnąć wolności i być (samym sobą) jej ograniczeniem. Czy można ten stan zdefiniować na własnym organizmie – będąc przy tym obiektywnym.
Jak podejść do siebie w roli arbitra, psychoterapeuty i naprawiacza tego, co nie daje tytułowego stanu – wolności.
Czy w ogóle jest to możliwe, własnymi siłami.
Własnym intelektem i doświadczeniem.
Jak by nie patrzeć, trzeba by zacząć od tego, czy jestem faktycznie wolnym, czy jednak okalają mnie (bardziej lub mniej) liczne klatki. I tu się rodzi pierwsza przeszkoda – brak odnośnika.
No, bo kiedy ostatnio byłem naprawdę wolny?
Znaleźć ten stan, choćby po to, aby był on pewną stałą w dalszych rozważaniach o tym, co dzieje się ze mną obecnie.

Mówią, że człowiek rodzi się wolny. Później już jest, jedynie gorzej.
I powiem wam, że jestem zwolennikiem tej tezy. Wychowanie, systemy zakazów i nakazów – wpajane latami – raczej nie popychały mnie w kierunku tego aby pozwolić sobie na wolność. Układy zawodowe, towarzyskie czy rodzinne – następne ograniczenia. Szlifowałem to latami, tworząc wokół siebie większe lub mniejsze klatki. Przeważnie jeszcze – klatki w klatkach.
Oczywiście, wraz z upływem lat zaakceptowałem ten stan jako coś normalnego. Z latami, przestałem widzieć w tym cokolwiek nienaturalnego. Cokolwiek przeciwko sobie.
Wątpię, żebym dzisiaj zdawał sobie sprawę ze swoich bardzo głębokich lęków. Lęków, które przyrosły do mnie przez lata, stając się częścią mojej natury. Lęków, z których nie zdaję sobie nawet sprawy bo są one dla mnie tak oczywiste, że aż nieodczuwalne świadomie.
Boję się, że gdyby gwałtownie doszło do (teoretycznej) sytuacji, że w ułamku sekundy stałbym się  n a p r a w d ę  wolnym – mógłbym tego nie wytrzymać.
Może bym zwariował?
To nie żart!

Bez względu na wszystkie te dywagacje, dzisiaj nie jestem (nawet po części) w stanie określić stanu mojego zagubienia. A raczej stanu zagubienia tej wolności. Żyję sobie pod ukrytymi (lub nie) presjami, wynikającymi z moich kolei losu i zdaje mi się, że jest OK.
Ale, jednocześnie wiem, że to jedynie złudzenie, bo jak się trochę wgryźć…

Przez sześćdziesiąt lat żyłem jako człowiek zniewolony.
Czy obecnie, w ogóle jest możliwe znaleźć w sobie te wirtualne pęta?
Czy umiałbym żyć bez nich – o ile nawet udałoby mi się ich pozbyć?

Czy same pytania i (być może spóźniony) niepokój jest jakimś początkiem do tego oklepanego i niewiele znaczącego „be free”?

A nawet, gdyby udało mi się znaleźć złoty klucz do wolności – czy potrafiłbym wyfrunąć z otwartej klatki?
A może pozostałbym w niej jako wolny niewolnik?