Prowadzenie bloga jest, w moim przypadku, prowadzeniem pewnego dialogu z samym sobą. Takie były założenia – w każdym razie. I jak zwykle założenia po pewnym czasie zaczęły żyć swoim teoretycznym życiem a praktyka wykazała, że zaczynam pisać dla Was. Jest mi z tym różnie. Z jednej strony, te wszystkie „och i ach” powodują oczywisty pokarm dla mojej próżności. Z drugiej zaś, blog przestał spełniać założenia. Doszło do tego, że jak wczoraj nic nie napisałem – czułem się jakbym nie odrobił jakichś lekcji. Czyli, z niewiadomych przyczyn, blog stał się podświadomym obowiązkiem. Z tym, że jest to jedynie jedna z możliwości. Druga, być może jest taka, że czekam na Wasze komentarze. Świadczyło by to raczej o pewnym uzależnieniu od odbiorcy. Nie wiem. Może jest inna przyczyna tego stanu. Na razie jej nie widzę.

Głupio to brzmi dla mnie samego, ale staram się TU być szczery. Ostatecznie jest to obszar na tyle anonimowy, że w zasadzie można sobie pozwolić na więcej niż w realu, gdzie dobrzy ludzie zaraz wykorzystają każdą szczerość – do swoich interesów. Syndrom Stańczyka powoduje jakiś przymus pisania z humorem a jednocześnie, żeby było „coś pod spodem”. Tylko istnieją dwie dziury w tym całym pisaniu. Kto pisze i do kogo pisze. Łatwo jest być oceniającym. Jest to rola, którą gra się dość niewielkim wysiłkiem. To tak jak z opozycją, która sama nie robi błędów, ponieważ nie rządzi – za to może spokojnie czekać na potknięcia rządzących. Moja pozycja jest podobna. Z pewnej perspektywy, którą daje doświadczenie, dość bezpiecznie jest wytykać. W dodatku anonimowo, czyli jakby bez brania prawdziwej odpowiedzialności za słowa. No bo co… Zawsze można jednym Enterem wykasować cały ten blog. Czyli spuścić wodę w sposób niezwykle skuteczny i bezpowrotny. Uciec i udawać, że nie było. Druga sprawa to odbiorca. Jestem tu prawie jak Matuzalem z moją datą urodzenia, umieszczoną w latach 50 – tych. Nie wiem kto mnie czyta. No, może po części, bo jednak po blogach moich respondentów mogę wyciągnąć taką wiedzę. Tyle, że stosunek piszących do mnie do statystyki pokazującej unikalne wejścia jest porażająco niski. Biorąc pod uwagę, że w samym lipcu miałem ponad 3600 wejść na mojego bloga – liczba piszących (a tym samym dających się określić) jest żadna. I nie pomoże tu dyżurne, że” nie liczy się ilość a jakość”.

Nie jest to jednak wołanie o ocenę – nie. Chodzi mi raczej o pewną pustkę odbiorczą. To tak trochę jak krzyk do studni…

Jest jeszcze dodatkowy problem. Problem pewnego poziomu, który staram się zachować. Nie chodzi mi tu o stylistykę czy ortografię. Chodzi mi o pewną atrakcyjność dla odbiorcy. Tak jak reżyser, który po otrzymaniu nagrody, boi się zrobić następny film – bo może być gorszy. Świadczyło by to o tym, że zależy mi na Waszej ocenie. A z całym szacunkiem dla Was – nie powinno. Człowiek poddający się takiej słabości, po pewnym czasie pisze tak, żeby było dobrze dla odbiorcy a mniej tak, żeby było jak w założeniach. Nie wiem, czy przekroczyłem tę linię. Jeżeli nie, to jestem chyba niedaleki. Z „wyrzygiwacza” własnych emocji, przemyśleń (na piśmie jest lepiej) czy innego mętliku, który mam w środku, może zrobić się pewnego rodzaju scena. Ja gram – Wy oglądacie. Bisy i oklaski na stojąco – mile widziane…

TYLKO TO NIE TO !!!

Dla poklasku pisze się książkę lub inną produkcję około artystyczną. Mój blog powinien być autonomiczny. Może nawet autystyczny – w pewnym stopniu.
Wtedy jestem JA i… JA.
Bez całej tej oprawy medialno-recenzenckiej.

Tylko czy potrafię jeszcze BEZ WAS?

I to jest dobre pytanie.