Ponieważ w TV znów zahaczyli o Waszego Papieża, z racji tego, że ponoć jakaś ubecka wtyka macza palce w pracach na ogłoszeniem JP II świętym – tak mi się zebrało na napisanie kilku słów. Szczególnie, że temat „brzęczy” mi już od miesięcy…

Uważam, że Jan Paweł II zasługuje na najwyższe uznanie za osobisty wkład w poprawę stosunków międzynarodowych. Jako mąż stanu, swoimi wędrówkami po świecie, dokonał wiele dobrego i stał się bardzo wyraźnym symbolem porozumienia i opcji pokoju ponad różnicami, które nas dzielą.

Jako człowiek, również zapamiętany został człowiekiem zgodnym, pogodnym i niosącym to, czego tak nam wszystkim brakuje – zwykłe ludzkie ciepło. Taka dobra, słowiańska dusza z iskierką humoru i dystansu do siebie i innych.

Jako szef państwa Watykan – nie poszedł na żadną wojnę, nie zrobił kolejnej wyprawy krzyżowej ani innego przykrego dla bliźnich incydentu, mającego na celu pokazanie jedynej, słusznej drogi. Mimo, że był szefem dość konserwatywnym i radykalnym w doktrynach.

Jako polityk, doprowadził w dużym stopniu do rozpadu naszego bloku – zwanego socjalistycznym. I tym samym zmienił historię ostatniego stulecia w sposób znaczący i bezpowrotny.

Jako Papież, przybliżył nam wszystkim coś odległego i teoretycznego. Wszedł między potrzebujących…

Wszystkie te sprawy, które tu wymieniłem, są oczywiście ogólnikowe i na pewno nie oddają całokształtu sylwetki tego wielkiego człowieka. Mimo to, o ile są jakieś ludzkie dowody wdzięczności – moim zdaniem JP II powinien otrzymać je w komplecie.

Pamiętam Go jako człowieka inteligentnego i pragmatycznego. Tym dziwniejsze wydają mi się pewne działania, w celu uznania JP II – świętym. Nie o to chodzi, że uważam to za coś dziwnego, czy w jakikolwiek sposób nie na miejscu. Nie.

Konwencja watykańska dotycząca zmarłych papieży i innych znacznych duchownych katolickich, rządzi się zasadą nadawania im tego tytułu. I to jest w porządku. Bo niby dlaczego nie… I w większości przypadków, jest to umotywowane mniej lub bardziej logicznie lub mętnie. Dla takiego laika jak ja – oczywiście.

Ogłoszenie JP II świętym powinno – moim zdaniem – odbyć się za jego drogę życiową i „cuda” namacalne, czyli miedzy innymi te, o których napisałem na początku tej notki.

Ale nie… Nadgorliwość i bezmózgowie ludzi, potrafi narazić na śmieszność nawet tak ważkie sprawy, jak pamięć o takim człowieku. Podejrzewam, że gdyby JP II żył – popędziłby te całe towarzystwo od beatyfikacji jak najdalej od siebie. Nie za chęć nadania aktu, tylko za głupotę uzasadnienia !!!

Nasi, w połączeniu z watykańskimi, postanowili pokazać pewną „cudowność” Papieża – Polaka. Ma ona być podparta faktem, że jakaś zakonnica wyzdrowiała po tym jak papież był w pobliżu… Inne „dowody” to wiele aktów nawrócenia na wiarę, czy zmiana moralna w życiu wielu ludzi.

Każda osoba obdarzona autorytetem wynikającym z pełnienia urzędu – ma wpływ na maluczkich. A jeżeli jest to dodatkowo, szef wszystkich chrześcijan – z założenia wiadomo, że jego wpływ na masy ludzkie będzie znaczny. Szczególnie na te masy, które są w większym lub mniejszym stopniu katolickie.

Na te miliony ludzi, które, były w pobliżu Papieża, statystycznie musiała się znaleźć jakaś ilość tych, którzy z niewiadomych medycynie powodów wyzdrowieli. Są to przypadki notowane w każdym szpitalu. Chory na raka nagle ma remisję i… nikt nie wie dlaczego. I Papieża tam nie było… Ludzie wstają z wózków inwalidzkich, łoża śmierci i… lekarze nie potrafią tego zakwalifikować do żadnej znanej kategorii. Statystycznie rzecz biorąc, około 1% chorych na schorzenia zwane śmiertelnymi, doznaje nagle całkiem „niecudownego” ozdrowienia. Tak, że z tą zakonnicą to chyba lekko przegięte. No i że akurat musiało trafić na zakonnicę…

Taki Harris, który jeździ po świecie i… uzdrawia ludzi (a przynajmniej tak wieść niesie) powinien w tym kontekście już dawno zostać świętym…

Co do nawrotów na wiarę i zmianę dotychczasowego trybu życia.

Zespół The Beatles, po powrocie z Indii został przez pewien czas w „klimacie” ideologii pokoju dla wszystkich, nieagresji i wszelkich oznak ludzkich uczuć. Masy ludzi, biorąc z nich przykład, poszły drogą nowej „wiary” Beatlesów. Ludzie poprawiali relacje interpersonalne, starali się „żyć i dawać żyć innym” – jednym słowem miejscami zrobiło się słodko i miło… Wieńce z kwiatów, odkurzone „pacyfki” i inne atrybuty nowej „wiary”… Zjawiska w założeniach niezwykle pozytywnego i budującego. Miało ono nawet, bardzo znaczny wpływ na skrócenie wojny w Wietnamie. I to są fakty. The Beatles spowodowali, że ich autorytet nadał nowy sens słowu „pokój”. Mimo, że nie zatrudniali do tego Pana Boga, zrobili wiele dla krzewienia ideologii niezwykle zbieżnej z watykańską…Świętymi nie zostaną…

W historii najnowszej była cała masa ludzi, mających pozytywny lub negatywny wpływ na masy. Taka to już zasada wpływu wybitnych na stado.

Powracając jednak do JP II.
Czy naprawdę trzeba tak beznadziejnego uzasadnienia, do tego aby Go naznaczyć najwyższym katolickim wyróżnieniem? Czy trzeba wyszukiwać jakieś mętne historie, do tego aby oddać Mu jedynie to, co się należy???

Znając JP II, podejrzewam, że pokręciłby z ironicznym uśmiechem głową…
On wiedział, że ludzie są czasami dziwni i że nie ma spraw, których się nie da spieprzyć.