(SZKIC)

ROZDZIAŁ 01

Gdzieś w Polsce.

Cała zabawa polega na tym, że odcinają cię od jakichkolwiek bodźców. Wzrok, słuch, dotyk, węch, a nawet smak zostają wyłączone. Myślę, że jak ktoś chce pomedytować w warunkach idealnych, to właśnie tak wygląda najlepsza okazja. Faktycznie można ujrzeć stopy Buddy. Albo… sierżanta z kompanii wartowniczej. Albo dowolne inne. Z tym, że mi osobiście w tym czasie daleko było do medytacji.

Pomieszczenie to, po prostu bunkier o ścianach, które mogłoby wytrzymać bezpośrednie uderzenie każdej bomby. Tak na oko ze trzy metry betonu wkoło. W środku tego monstrum po prostu basen. Niestety, ani palm, ani panienek. Tylko obsługa bunkra. Dwóch gości po cywilu. Basen tak mniej więcej trzy na trzy metry. Głęboki – około półtora metra. Zakładają ci, wcześniej odlaną na miarę, maskę z dwoma rurkami do oddychania, jakieś kabelki i… do wody. Woda też jest dość ciekawa. Stężony roztwór soli. Stężony do tego stopnia, że można w nim stać nawet na baczność i się nie utopisz. Ale nie kazali stać na baczność. Wręcz przeciwnie – rozluźnić się i odprężyć. Jasne…

Po odprawieniu wszelkich nabożeństw, dotyczących podłączenia aparatury kontrolnej, można wodować. Woduje się przy pomocy cywilów, bo kabelek, bo linka, bo… cały ten takielunek jak na trzymasztowcu. Leżę w wodzie. Tak trochę – ani utopiony, ani na wierzchu. Zresztą diabli wiedzą jak, bo temperatura wody i powietrza jest tak dobrana, że nie ma się poczucia ani jednego, ani drugiego. Na razie jest… dziwnie. Nazywa się to komora ciszy. Ma za zadanie pozostawienie człowieka bez jakichkolwiek bodźców zewnętrznych. Ostatnia rzecz jaką słyszę to szum zamykanej śluzy, łączącej ze światem. Chciałoby się powiedzieć, że jest fajnie ale… jest ciemno, głucho i… jakby nie było wcale. Ani fajnie, ani nie fajnie. Mijają… no właśnie. Minuty? Kwadranse? Godziny? Cholera wie. Brak jakiegokolwiek odniesienia.

Pierwszy głos to szept około głowy – gdzieś tak przy uchu. Później dowiedziałem się, że potrzeba było około 5 godzin abym wyciszył wewnętrzny dialog i… abym zaczął reagować. Dokładnie rzecz biorąc – aby zaczął reagować mój mózg. Mózg pozbawiony zewnętrznych atrakcji zaczyna je sobie stwarzać sam. Taka jego natura. Z braku świata zewnętrznego, koniecznie w to miejsce, musi wstawić jakiś swój – wirtualny. Musi się czymś zająć. No i… zajął się.

Głosy, obrazy, całe filmy, dotyki, uderzenia, smaki adekwatne do reszty i zapachy też. Nawet chwilami było to dość sensowne i trzymało się kupy. Po pewnym czasie zapomina się o tym, że to komora. Zaczynasz być TAM. A TAM jest wszystko. To wszystko czego się boisz, czego pragniesz, co ma dla ciebie jakiekolwiek znaczenie emocjonalne. Są tam ludzie skrzywdzeni przez ciebie i ci którzy byli krzywdzącymi. Są tam ukryte głęboko lęki i zwariowane marzenia. Jest śmierć, seks, strach, wolność, przestrzeń i klaustrofobia. I wszystko co tam jeszcze ludzie sobie nawzajem przygotowali na tym świecie.

Po 12 godzinach jesteś NIKIM. Po 24 – WRAKIEM. I nie zaśniesz. O to też zadbali. Kazali zjeść jakieś tabletki uspokajając, że są nieszkodliwe. Upływ czasu to też jedna wielka niewiadoma. O tym, że upłynął, dowiadujesz się po tej całej wieczności TAM.

Ale oto nagle – znów żyjesz!!! Wbrew ostatnim doświadczeniom, jesteś dalej tylko w komorze. W komorze, gdzie ukochani cywile powoli wyciągają cię z tego stanu. Gdzie człowiek to wielka rzecz. Gdzie wszyscy są kochani. Gdzie nawet sierżanta można ucałować w dupę i człowiek będzie się cieszył, że jest tak fajnie. No i kurwa – nigdy więcej żadnych komór…

Optymista.

Takie komory zaliczyłem trzy razy i… do tego nie można się przyzwyczaić! Zawsze ten sam kibel od wewnątrz. Nie wiedziałem do czego to służy. Nie wiem do dzisiaj. Wiem jednak, że kiedyś te doświadczenie uratowało mi życie. Ale to znacznie później…

ROZDZIAŁ 02

Gdzieś w Niemczech Wschodnich. Koszary wojsk radzieckich. Około godziny 02 w nocy.

Tawariszcz major leżał sobie wygodnie na łóżku obok pijanego do nieprzytomności kochanka. Kochanek był zdecydowanie młody – może ze 25 lat. Major nie bardzo – tak około 60. Taka to garnizonowa, pieprzona miłość. Major leżał w stanie dość roznegliżowanym. Mówię „dość” – ponieważ przy szyi miał szeroki żołnierski pas. Reszta wojskowej garderoby leżała porozrzucana obok skotłowanego łóżka, wraz z mundurem kochasia. Stan pościeli dawał jasno do zrozumienia, że nie łączyły ich stosunki z rodzaju „Romeo i Julian” ale raczej ostry seks. Odór gorzały wypełniał cały pokój. Na stole kilka pustych butelek. Jedna butelka obok łóżka i nawet jeszcze zostało w niej z ćwierć litra. No, ale major niestety już nie popije sobie. Bo nie żyje. Kochasia uratowało jedynie to, że nawet po porządnym potrząsaniu, nie dał najmniejszego znaku życia. Nie było sensu go zabijać. Po króciutkim namyśle, doszedłem nawet do wniosku, że może się jeszcze przydać. Pokój wyglądał jak klasyczny garnizonowy bałagan. Resztki żarcia, butelki po gorzale, brud i smród. Kawalerskie życie majora, widocznie nie wymagało wielkich poświęceń na niwie estetyki okolicy ostatniego tchnienia.
Umarł lepiej niż żył. Chyba.

Major umarł przez ten wojskowy pasek. Pasek powoli i ostrożnie przeciągnąłem pod karkiem pijanej ofiary – pod cieniutką poduszką. Następnie oba końce zawinąłem sobie na ręce. Pozostał do zrobienie bardzo gwałtowny ruch oburącz – jednocześnie w górę. Nie przeżyje tego nikt. Zgodnie z oczekiwaniami, major też nie przeżył. Teraz pozostał jedno z dwóch. Albo powoli wycofać się z pokoju i dalej, albo… Kochanek majora dawał pewną szansę. Szansę na upozorowanie wypadku. Może podczas szamotania… tylko do tego trzeba było jeszcze popracować. Wersja wypadku była dla mnie dość pociągająca, bo dawała większe szanse ucieczki. Ucieczki, która nawet po kupieniu mojej wersji, była dość kłopotliwa i ryzykowna. Śmierć przez zabicie, spowoduje natychmiastowy alarm w garnizonie i wszelkie konsekwencje wypływające z tego faktu. Obławy, blokady, polowanie i cały arsenał pomysłów na tę okoliczność. Śmierć po pijackiej uczcie, na bazie nieporozumień kochanków, to już całkiem inna sprawa. Raczej taka do wyciszenia… W Armii Radzieckiej nie może być przecież homoseksualistów!

Drugie piętro. Na tyle wysoko, że upadek głową w dół dawał zadowalające wyjaśnienie skręconego karku. Minusem mógł być hałas, bo diabli wiedzieli jak głośno spada major Armii Radzieckiej. Nigdy dotąd nie wyrzucałem oficerów żadnej armii, przez okno… Drugi minus to same zwłoki. Tak na oko z 95-100 kilo. Trzeba je jakoś przeciągnąć i… wyrzucić. W dodatku tak, aby koniecznie upadły na głowę. Nikt nie uwierzy, że major spadając na nogi skręcił sobie kark. No i jeszcze czas. Major umarł minutę temu. Trzeba się spieszyć, bo później lekarz może się dopatrzyć czegoś niezbyt wygodnego dla mnie i szans mojej ucieczki. Powoli otwarłem okno, którego szyby świadczyły o szkodliwości słońca dla wyższej kadry oficerskiej. Cisza. Żadnych dźwięków – nasłuchiwałem kilka chwil. Cholerne światło lampki przy łóżku stanowiło lekki problem. Trochę za jasno. No, ale co zrobić. Wersja, że doszło do szamotaniny i defenestracji majora, po ciemku, mogła by być zbyt dziwna.

No to… do roboty. Wpierw młody. Nawet sprawnie poszło. Jakiś mizerny taki. Przeciągnąłem go obok okna. Teraz major. Tu już niestety – grubsza sprawa. Położyłem ich na chwilę obok. Paznokciami kochasia zrobiłem zadrapanie na policzku majora oraz jego ramieniu. Następnie chwyciłem jego ręką włosy starego i pociągnąłem. To się przyda badającym… Młody prawie nie zipnął. Jeden tylko raz podczas szarpnięcia za włosy podniósł na chwilę głowę i chyba próbował coś kojarzyć. Świeży siniak na skroni też się przyda do uwiarygodnienia bajki.

Teraz nadeszła najcięższa chwila. Trzeba majora wyrzucić przez okno. I to na tyle szybko aby jakiś przypadkowy żołnierz nie zauważył operacji. Major już na parapecie. Siedzi oparty o mnie, tyłem do okna. Wyliczyłem, że jak go popchnę dość mocno, to akurat powinien zrobić w powietrzu półtora salta i upaść zgodnie z moimi życzeniami. Mocne pchnięcie i… poleciał jak na zamówienie. Sam bym lepiej nie upadł. Nawet nie było głośno. Pod oknem był trawnik z jakimiś rachitycznymi drzewkami. Upadł na głowę. Młodego pozostawiłem tak, jak leżał. Ostrożnie podszedłem do drugiego, ciemniejszego okna. Zastałem je tak jak zostawiłem – otwarte. To moja droga powrotu. Pozostawiłem trupa. W zasadzie to nawet dwa. Jednym był major wywiadu Armii Czerwonej, drugim – biedny pedałek, którego rozstrzelają swoi.
Zadanie zostało wykonane.
Ku chwale Ojczyzny, towarzyszu pułkowniku Siwy.

ROZDZIAŁ 03

Warszawa – krzaki na Żoliborzu.

 Wczoraj zrobiłem poważny błąd. Wpadłem do dołu, który tutaj był od zawsze. Nie dość, że wpadłem, to jeszcze bez flaszki. Amatorszczyzna – biorąc pod uwagę, że pije nałogowo od ładnych kilku lat. Samotność owa spowodowana brakiem podręcznego źródła wódki dała stan dość nieciekawy i niebezpieczny. Nieciekawy dlatego, że nie miałem siły wyjść z małego dołka, o głębokości metra. Niebezpieczny dlatego, że piję od pół roku i brak alkoholu stanowi poważne zagrożenie. Piję tak około litr do półtora dziennie. A raczej na dobę, bo pory dnia nie znaczą nic. Chyba nawet już ich nie ma… Leżę na brzuchu. To dobrze, ponieważ w razie czego, nie uduszę się własnymi rzygami. W krzakach siedzę od jakiegoś czasu. Kilka dni. Do domu już nie dam rady – mimo, że to blisko. Niestety, na dziewiątym piętrze. Pieszo po schodach – mogę zapomnieć. To tak jakby na Everest wybrać się boso i nago. Windą… Tego potwora się boje. W ogóle świat jest teraz pełen mniej lub więcej strasznych potworów. No więc leżę…

W zasadzie nie mam uczuć oprócz strachu. Takiego jakiegoś pierwotnego. Nie żeby konkretnie przed czymś lub o coś. Ot, tak – po prostu się boję. Bardzo się boję… Taka komora ciszy. Tyle, że jest to komora ciszy psychicznej. Mogę do woli medytować swój strach. Nikt mi raczej nie przeszkodzi, ponieważ w tę część krzaków my, lumpy osiedlowe, nie przychodzimy. Ani gdzie usiąść, ani wygodnie, bo krzaki tu gęste i kłujące. Ja też przyszedłem się tu jedynie odlać. Taki zbytek elegancji, ponieważ spodnie i tak miałem już zasikane wcześniej. Zwieracze żyją swoim życiem i mają w nosie wymysły społeczno – estetyczne. Pewnie w trakcie skomplikowanej pracy nad rozporkiem osunąłem się w ten cholerny rów. Nie wiem ile już leżę i… co dalej. Nie mam siły ruszyć nawet palcem. A zresztą obecnie jest mi to niepotrzebne. Bać się mogę wszędzie. I w każdej pozycji. Brak alkoholu powoduje, że nawet nie wydam dźwięku. Spalone gorzałą gardło jest suchusieńkie. Na ślinę mogę liczyć dopiero po pierwszej ćwiartce. Nawet nie mam objawów kaca giganta, który towarzyszy mi ostatnio jak kochająca kobieta. Zawsze i wszędzie. Nawet po wódce. Chyba, że urwie mi się film. Wtedy jest trochę spokoju. Na razie leżę dalej… Może godzinę, może dzień lub dwa…

Nagle, wbrew moim oczekiwaniom przyszedł Janusz. Pewnie usiadł gdzieś obok, bo czułem jak się mości na trawie, jak układa gałązki krzaków. Skąd poznałem, że to on? Pojęcia nie mam, bo z pozycji leżącego na brzuchu ze sztywnym jak maska ryjem, trudno cokolwiek poznać.

– Cześć – powiedział.
Chciałem coś odpowiedzieć ale… daremny trud. Nawet najmniejszego dźwięku.
– Nie wysilaj się, ja i tak słyszę – to było chyba lekko ironicznie ale przyjaźnie.

W tej chwili, jakimś przebłysku świadomości zrozumiałem, że faktycznie – akurat on może słyszeć. Przecież Janusz nie żyje od 78 roku. Został rozwalony serią z pistoletu maszynowego. Gdzieś tam w Niemczech. Koło zagrody chłopskiej. Jak już mu się skończyła możliwość jakiejkolwiek ucieczki. Otoczony przez Ruskich z kałachami, bez jakiejkolwiek broni. Złapał za widły, które stały pod ścianą i rzucił się na najbliższego. Na szczęście dla Janusza, Rusek zareagował jak amator i puścił długą serię po nogach. Ale za wysoko. Przeciął obie tętnice udowe i… szybki koniec. Na szczęście dla Janusza dlatego, że wpadnięcie żywcem to byłaby dopiero przygoda życia. Przygoda z nimi, sobą i ze swoim ciałem i umysłem. Umierałby tygodniami, wyciskali by go jak cytrynę. Systematycznie i ostrożnie, żeby za szybko nie zdechł… A tak – czysto i schludnie przewrócił się pod enerdowską stodołą i wykrwawił w tempie nie dającym szans na reakcję. Z daleka widziałem jak z jednego uda krew mu wylatuje niby pompowana ręczną pompą – w tempie uderzeń serca. Siedziałem o kilkadziesiąt metrów – w szambie pod wychodkiem i przez szparę pod drewnianą konstrukcją, patrzałem na ostatnią szarżę Janusza. Gówna sięgały mi do brody ale adrenalina w tych ilościach pozwala na wiele. Na szczęście nie mieli psów i raczej byłem bezpieczny. Choć chwilowo…

– Dobra, zostaw te wspomnienia – powiedział jakby niechętnie.
Od kilku chwil umysł mój jakby przejaśniał. Ciało w dalszym ciągu przypominało worek z cementem, ale jakimś dziwnym sposobem zacząłem myśleć.

– Co, dziwisz się, że ci lepiej? – zaśmiał się cicho – Przejdzie ci…
Ten śmiech pamiętałem. Lubiłem Janusza za ten śmiech. Też – ponieważ lubiłem go za wiele więcej. Byliśmy chyba przyjaciółmi. O ile w warunkach naszego wspólnego bytowania, w tamtych czasach, można było się zaprzyjaźnić.

– Janusz – pomyślałem już celowo.
– Tak, to ja chłopie. Nikt inny – odpowiedział na moje myśli.
No to niezła schiza. Rozmyślam sobie z nieboszczykiem. I na dodatek wydaje mi się, że wszystko gra. Wcześniej się nie zdziwiłem jego przyjściem, bo do zdziwienia potrzeba jakiejś oceny sytuacji. A to było ponad moje możliwości. Teraz – jak mi przejaśniało w głowie, było już za późno na zdziwienia. Pozostało uczestnictwo. Zresztą nie miałem wyboru…

– Czego chcesz ode mnie – spytał poważnie i chyba z faktycznym zainteresowaniem.
Zgłupiałem.
– Ja od ciebie? – przecież nic nie mówiłem, że coś od niego chcę.
– No. Przecież to ty mi nie dajesz spokoju od lat. To ty, za każdym razem jak masz pralkę w mózgu, czepiasz się mnie. Za każdym razem, jak ci nie gra już nic, to robisz sobie ze mnie jakieś koło ratunkowe czy coś – nie mówił tego złym głosem. Po prostu mówił.

Fakt. Zawsze w chwilach „dziwnych” przychodzili mi przed oczy ONI. Janusz, Żurek, Kobra, Długi, Kilof, Czarek, Lebioda, Norman i Chytrus – to ci, którzy nie przeżyli. Oraz ci, którym udało się przeżyć te cztery lata tak jak mnie: Koniu i Marian.

Ale zawsze najbardziej Janusz.
– Lubiłem… to znaczy lubię cię Janusz. Wiesz przecież. Jakoś tak wychodzi samo, że wracam – nie umiałem mu wytłumaczyć, że są takie chwile, w których „teraz” jest zbyt ciężkie i ucieka się do tego co nierealne i odległe. Im dalej, tym lepiej. Mój mózg ucieka do „tych” czasów. Dlaczego? Nie wiem. Przecież były to czasy niedobre. Może po to aby pokazać sobie, że nie jest tak źle, że w porównaniu do tamtego gówna, to teraz jest ślicznie i zdrowo…

Janusz zaśmiał się głośniej.
– Powiadasz ślicznie i zdrowo. Szkoda, że się nie widzisz teraz. Ani to śliczne ani zdrowe, chłopie. Nie nabijaj sobie łba takimi głupotami. Jest gorzej niż sobie możesz wyobrazić – dodał – w zasadzie z punktu widzenia egzystencjonalnego, to jest już dno. Takie prawdziwe, pod którym nie ma już nic.

– Wiem – odpowiedziałem – ale ty też wiesz, że to nie celowe. To raczej wynik procesu.
– Tak, tylko co z tego. Mażesz się nad sobą jak stara baba i gówno z tego wynika. A raczej wynika to, że teraz jestem z tobą… A to już ostatni dzwonek. Doszedłeś daleko. Za daleko – dodał.
– Umrę? – zapytałem raczej bez ciekawości. Było mi tak jakoś wszystko jedno. Nic mi nie dolegało. Nawet strach. Więc… czemu nie…
– W zasadzie to ty już nie żyjesz. Śmierć jest przy tobie. O chwilę, o kawałek. Chyba, że ostatnie pół roku nazywasz życiem – dodał z przekąsem.
– Wiesz, że nie chodzi mi o to. Pytam, czy umrę teraz tak naprawdę – wersja śmierci wydała się mi dość oczywista i… przyjazna
– Przyjdzie panienka z kosą? – dodałem niespodziewanie humorystycznie.
– Nie bądź głupi. Dla każdego śmierć wygląda inaczej. Dla ciebie ja jestem Śmiercią.

Acha… Jakoś mnie to nie zdziwiło. Może to nawet dobrze, że śmierć ma twarz przyjaciela.
– I co? Idziemy gdzieś? Zabierzesz mnie do tego waszego piekła – nieba, czy gdzieś tam – nie podobał mi się mój ton, ale żył oddzielnie i nie miałem nad nim panowania.
– Mógłbym. Decyzja należy do mnie. Ale również do ciebie. Masz trzydzieści osiem lat. Pijesz od… no, kilku. W zasadzie jesteś już gotowy na śmietnik. Chcesz naprawdę już skończyć? – zapytał.
– A co jest… TAM – jednak pewna obawa wylazła na wierzch.
– Nic takiego, czego należy się bać i nic takiego do czego trzeba się spieszyć – odpowiedział.
– A konkretniej?
– Zostaw to. Teraz pomyśl o moim pytaniu… To taki jedyny raz w życiu. Raz w życiu prawie każdy może zdecydować… Ja odchodzę, ale jestem zawsze przy tobie. Pamiętaj. Wystarczy tylko zdecydować i … wezmę cię… – miękki głos Janusza powodował, że te słowa nabrały innego sensu. Że cała Wielka Akcja pod tytułem Śmierć stała w zupełnie innym świetle i kontraście do tego, co zawsze sobie wyobrażałem.

Odszedł. Bez pożegnania. Ale on nie lubił pożegnań.

Mózg znowu zaczął przypominać rozedrgane mrowisko. Zapadłem w odrętwienie. Bez uczuć, bez jakiegoś JA. Nie wiem czy przeleżałem dzień czy trzy. Czasu nie było, bo nie było rejestratora czy świadka upływu.
Ocknąłem się o świcie. Mogłem lekko poruszyć głową. Obok na trawie stała pełna, otwarta butelka wódki i pęto kiełbasy. Nawet jeżeli to miał być tylko zwid, to musiałem zareagować…
Niewyobrażalnym wysiłkiem przeczołgałem się w kierunku flaszki. Na szczęście była bliziutko. Ręka wykonana z ołowiu przewróciła ją i szyjka z cieknącą wódką znalazła się przy ustach. Piłem, aż wypiłem wszystko. Całe pół litra. Czułem jak energia wstępuje w moje ciało. Złapałem zębami kiełbasę i jak głodny pies szarpałem i łykałem całe kawały. Wiedziałem, że głód za moment przejdzie i już nic nie wbije w żołądek.
Za pięć minut miałem siłę usiąść…

To był ostatni dzień mojego picia. Na bardzo długo.

Musisz jeszcze poczekać Janusz. Mam kilka spraw do zrobienia.
Ale kiedyś wrócisz. Wiem.

ROZDZIAŁ 04

Jednostka numer 14…

Gdzieś tak tydzień po przysiędze wpadł do sali podoficer dyżurny i zaryczał:
– Czy któryś z kotów gra w szachy?
Jasne, już lecę… Pewnie, że gram w szachy. Tylko jak znam życie to pewnie posadzka jest do mycia (terakota w kafelkach – taka szachownica niby…) albo inny poroniony pomysł tych bezmózgowców.

– Chłopaki, stary potrzebuje szachisty – powiedział to tak jakoś, że nawet uwierzyłem. Samo to, że dowódca kompanii potrzebuje szachisty warte było ryzyka. Diabli mnie podkusili. Gdybym w tej chwili nie otworzył głupiego pyska, to pewnie całe moje życie potoczyło by się inaczej.

– Ja trochę gram – odpowiedziałem skromnie.
– Jaki, kurwa JA? – niby zdziwił się kretyn z dwoma belkami.
Zameldowałem się i… za chwilę byłem u podpułkownika. Ten spojrzał na mnie jak botanik na motyla w gablocie. Z zainteresowaniem ale przez szybę pozycji. Zawsze był ponad… Sprawdził naprężenie rąk na szwach spodni… On miał takiego fioła. Rączki muszą być na szwach spodni i prościusieńkie palce. Widocznie miałem prościusieńkie i na miejscu, bo tylko pokiwał głową i tak rzekł:

– Słuchajcie szeregowy. Z okazji Nowego Roku, okręg do którego należymy organizuje różne takie. W tym turniej szachowy. Do innych już mam kandydatów, tylko do tego nie – tu zrobił jakby zakłopotaną minę i otaksował mnie jeszcze raz pobieżnie.
Pewnie. Matołów do sztangi i rzucania atrapą granatu to tu tylu, że gdzie kamieniem rzucić… Ale jak już coś z pomyślunkiem, to ciężkawo…

Stoję i się nie odzywam.

– Jak gracie w te szachy, szeregowy? – zapytał.
Zaryzykowałem niepotrzebną brawurą:
– Białym atakuję a czarnymi się bronię, obywatelu pułkowniku – mina poważna i służbowo nadęta.
– Taaak. To dobrze, to bardzo dobrze… A długo gracie?
– Od piątego roku życia – odpowiedziałem tym razem zgodnie z prawdą. Ojciec zaczął mnie męczyć z tymi szachami wcześnie. I okazało się, że akurat tu miał rację. W zasadzie, w wieku kilkunastu lat młóciłem dupy starym i młodym. Tak, amatorsko, bo do klubu jeszcze nie miałem po drodze.

Podpułkownik lekko wywalił oczy na mnie i coś chwilę przemyśliwał.

– No, to gratuluję, gratuluje. Ja też kiedyś, tego… no trochę się uczyłem i wiem, że to ciężka gra. Bardzo ciężka… Ale rozumiem, że dacie sobie radę na tym turnieju? – spojrzał jeszcze raz chytrym oczkiem taksatora świń.
– Tak jest obywatelu pułkowniku – zameldowałem posłusznie.
Wyraźnie było widać, że mu ulżyło. Stary trep dobrze się czuł tam gdzie można zmierzyć, zważyć albo dać w pysk. Ale szachy…
– No to będziecie reprezentować jednostkę, szeregowy. Jak się dobrze spiszecie, to przepustkę macie osobiście u mnie. A jak nie, to… – tu popatrzył na mnie takim pustym wzrokiem, że nawet ciężko było mi sobie wyobrazić konsekwencje.
– Czekam na rozkazy, obywatelu pułkowniku – ryknąłem dziarsko, tak aby było widać jak się palę do tego zasranego turnieju. Chociaż… to i tak lepiej niż bez przerwy glancować sracze. Tu nie lubili inteligencików.
– Odmaszerować i czekać na dalsze polecenia od dowódcy plutonu – zakończył.

Niemal defiladowym wymaszerowałem z pokoju starego.

Minęło kilka dni… aż tu nagle… no może nie tak nagle, bo się w końcu spodziewałem, że turnieju noworocznego nie zrobią w lipcu (chociaż w wojsku…)…
– Szeregowy – jutro o ósmej zameldujecie się u szefa kompanii i wyfasujecie wyjściowy. I kurwa mocniej tą ścierą bo was chuj strzeli za taka robotę – dodał podoficer językiem obowiązującym podoficerów armii układu warszawskiego.
Tego Ślązaka nawet lubiłem. Kiedyś mu już wytłumaczyłem, żeby się tak nie darł, bo ostatecznie i tak już jadę te kible zawsze, więc nie bardzo ma mi co gorszego dać. I jego straszenie jest dość kiepskie. No bo co zrobi? Dobuduje jeszcze sto sraczy aby mnie upierdolić?
Spojrzał wtedy na mnie z zaskoczeniem i… roześmiał się. Chyba zrozumiał, że jest granica. Nawet tu.

Rano odstawiony jak wzorzec armii ludowej zostałem zapakowany do karetki wojskowej (!) i… pojechaliśmy do Warszawy. Zresztą wcale nie tak dalekiej.
A tu zadyma na całego. Sala gimnastyczna i piętnaście stolików. Na nich wszystko jak należy. Szachownice turniejowe, zegary i woda mineralna. Wokół łażą jacyś różni cywilni i wojskowi. Stolik sędziowski na pięć krzeseł… Sukno czerwone na nim. Kwiat służbowy i jakieś pierdoły…

Wchodzi komisja. My – gracze – pod ścianą. Powitanie krótkie, rozkaz krótki i… gramy.

Nie będę zanudzał przebiegiem turnieju. Generalnie, niektórzy nawet grali bardzo dobrze. Kiepskich nie było. Wygrałem 13 razy i raz zremisowałem (wieczny szach – o ile komu to coś mówi). Zająłem pierwsze miejsce.
Trwało to calutki dzień – do nocy.

Przepustkę dostałem od starego na dwa razy po 62 godziny, co było wynikiem bardzo dobrym, jak na jego szafowanie dniami wolnymi. Cieszyłem się z niej jak głupi.

Gdybym wiedział, że właśnie zaczął się mój życiorys, to optymizm diabli by wzięli w mig. Do dziś zastanawiam się, jak pozorne błahe z wyglądu rzeczy, mogą wpłynąć na całe Życie.
Ale teraz, to już musztarda po obiedzie.

ROZDZIAŁ 05

Od pamiętnego turnieju szachowego minęło ze dwa miesiące. Przez ten czas oddawałem swoje siły, zdolności i serce ludowej Ojczyźnie. Przejawiało się to w różny sposób. Najczęściej niezwykle zakamuflowany. Tak, tak. Nikt nawet nie przypuszczał, że bronię Układu Warszawskiego, myjąc całe popołudnia czysty korytarz, który miał ze 60 metrów długości. Nikt nawet nie zdaje sobie sprawy z wagi czystości kibelków dla obronności kraju. Biorąc pod uwagę zaciętość, z jaką wydawano dyspozycje tych prac, cała reszta to już tylko dodatki. A dodatkami była praca przed południami. Tak do godziny 16-tej. Planszet do prowadzenia obiektów latających nad krajem. Jakieś samoloty, helikoptery, balony… Nasze, ruskie i inne mniej lub bardziej sprzymierzone. Całe to żelastwo cywilne i wojskowe. W słuchawkach szeregi cyferek i… bum, nowy punkcik na pleksiglasie. I kreseczka do kompletu. I opisik punktu. Koniecznie lewą ręką i pismem „od tyłu”, tak aby oficer dyżurny mógł sobie z drugiej strony poczytać i popatrzeć normalnie. Po godzinie tego malarstwa abstrakcyjnego – przerwa 15 minut. Człowiek szedł na papierosa z mózgiem jak kawałek świeżej, końskiej kupy – parującym i… lepiej nie dotykać.

W tak zwanym międzyczasie, jakieś strzelania, musztry, alarmy, szkolenia i… moje „ulubione” zajęcia polityczne. Nie będę powtarzał ich treści, bo i tak nikt nie uwierzy, że dorosłym ludziom można wciskać taki kit. Z poważną miną i bez zmrużenia powieki. Zakochałbym się chyba w tym wykładowcy, który w trakcie mrugnąłby porozumiewawczo okiem. Że to taka lipa i jedynie mus, to mus… Cały pluton miał jeden cel na „polityce”. Ważny z punktu widzenia jednostki (mówię o tej ludzkiej). Ważny, bo niosący poważne konsekwencje. Każdy, kto zasnął, musiał lecieć do kibla i zmoczyć głowę. To w celu przepędzenia senności. Ruch był czasami całkiem niezły. Poza tym zauważyłem, że bardziej atrakcyjne jest przejście się do zlewu z wodą i pomoczenie kusego zarostu, niż siedzenie ciurkiem w stanie „między dniem a snem” i udawanie skupienia na śmiałych tezach wygłaszanych przez kolejnych politruków. Jako żołnierze obsługujący sztab, mieliśmy szczególnie intensywne prasowanie mózgów. Pewnie w jakimś celu. Dla mnie niezrozumiałym, ze względów podawanych treści, które logicznie i intelektualnie były jakimś Frankiem Kawką – inaczej. Dla większości pozostałych, z racji poziomu umysłowego – równie celowe byłoby czytanie Bogurodzicy wspak. Też niby patriotycznie i też –  kompletnie bez sensu.

Jedyną atrakcją tego okresu były odwiedziny, na których to moja Urocza Dziewczyna, która przychodziła do mnie, pozwalała na seks w miejscach dość dziwnych. Innych miejsc na tego typu praktyki, w jednostce nie było – tylko same dziwne. Wiem, że to trochę takie bydlęce odbywać stosunek z Kochaną Kobietą – na stojaka, w kącie korytarza, ale… byt określa świadomość. No proszę… nawet klasyka jakiegoś znam.

Poza okazjonalnym ciupcianiem, jednostka dawała szanse na rozrywkę typu: palenie papierosów (dragów nie było jeszcze na taka skalę), picie gorzały, złodziejstwo, słuchanie darcia ryjów starszych roczników i… onanizm, jako przejaw uczuć wyższych i natchnionych. Taki Petrarka w wersji podręcznej. Albo raczej – odręcznej. Jednym słowem wszystko, czego potrzeba młodemu człowiekowi, według obowiązującej na ten czas doktryny.

Jeden raz wzięli nas do kina. Film wojenny – oczywiście. Sceną finałową było wypchnięcie przez postrzelonego radzieckiego (widać trzy krwawe ślady od kul – na plecach), dwóch wagonów pełnych materiału wybuchowego – z zagrożonego tunelu. Tak na oko, ze 40 ton brutto.
No… to rozumiem. Pewnie akurat szczęśliwie trafiło na prawdziwego komunistę, bo nikt inny nie dałby rady. Oczy miałem pełne łez. Ze śmiechu – oczywiście. W nagrodę za niesłuszną reakcję, dostałem opierdol od sierżanta i… dodatkową kolejkę sraczyków. Ale to mi już wtedy wisiało. Powiem więcej. Doceniłem po jakimś czasie medytacyjną rolę pucowania toalet. Można było spokojnie (transcendentalnie) odjechać poza druty jednostki. Piszę „poza druty” bo nigdy nie potrafiłem tego miejsca poczuć inaczej niż jakiś przymusowy Obóz Upodlenia.

ROZDZIAŁ 06

Siedzę na Alexanderplatz w Berlinie. Słoneczko wiosenne grzeje. Słoneczko jest jednym z nielicznych ponad ustrojowych zjawisk na świecie. Czy socjalistycznie, czy kapitalistycznie, czy za złote, marki czy dolary – wiosną grzeje zawsze przyjemnie. Siedzę sobie na murku i czekam. Na razie udaję, że się opalam. Tak naprawdę to patrzę spod przymrużonych powiek na cały ten zwierzyniec, który zbiera się na skwerku, za hotelem Stadt Berlin, obok kawiarni. Tu zbierają się najdziwniejsze postaci miasta. W przeważającej większości handlarze walutą. Dodatkowo – młode cichodajki, które za parą marek zrobią to czy owo. Nie, żeby tam zaraz jakieś kurwy, nie. Przeważnie młode dziewczyny spoza Berlina. Kuszone pobliskim Intershopem (taki ichni Pewex), zamieniają zajady na zachodnie ciuchy. Nie znaczy to, że wszystkie, ale zawsze jakieś są… Dość znamiennym przypadkiem była, tak na oko 19-latka, która zaproponowała mi seksik za… jedną markę zachodnią (!), bo tyle jej zabrakło kasy do kupienia sobie spodni. Trochę młodych pedałów, którzy pojawiają się dopiero popołudniem. Można sobie wynająć młodego, ślicznego chłopaczka – do hotelu, za kilkadziesiąt marek. I cała reszta typków nieokreślonego rodowodu i profesji. No i wszechobecne mundury, przechodzące opodal… W tym kraju ciężko się połapać, kto jest kto – jeżeli chodzi o mundurowych. Niemcy mają jakieś zacięcie do tego. Nawet listonosz tu wygląda jak Wieniawa w pełnej gali, na raucie u Mościckiego. Szamerunki, odznaki, lampasy… Tylu mundurów na metr kwadratowy to nie ma nawet w republikach bananowych. Lekko to denerwujące. Mimo szkolenia. Zanim się człowiek zorientuję kto to jest ten znienacka wyłaniający się koleś, to zawsze jest chwila… Szczególnie jest to nieprzyjemne jeżeli się jest na „spalonej ziemi”, czyli terenie, gdzie można zniknąć i… już się nigdy nie pojawić. Tak, jak się to przydarzyło Długiemu. I to zupełnie spokojnie i bez hałasu. Po prostu na plac podjechała cywilna fura i… wepchnięto go do środka. I tyle było Długiego. Jego partner nie został nawet zaczepiony, mimo, że stał kilkanaście metrów obok. Z towarem w postaci czterech kilogramów srebra, w teczce). Bo srebro było bardzo dobrym towarem a oni też musieli mieć legendę. No ale widocznie coś się wysypało… Nie znałem Długiego za dobrze. Zresztą nie wolno nam było utrzymywać żadnych kontaktów. Znaliśmy się jedynie ze szkoleń i… ale o tym przy okazji. Co nie zmienia faktu, że żal chłopaka. No i pamiętam mróz w krzyżu, gdy się o tym dowiedziałem.

Oficjalnie handluję tu walutą. Taki chodzący kantor dla Arabów i innej zgrai, która urwała się ze zmywaka w Berlinie Zachodnim. Tu przyjeżdżają zagrać jaśniepanów. Za te marki, które wydzióbią przez cały tydzień w garkuchniach lub przy innej pracy dla „podludzi” – mogą sobie poszaleć. Ja im w tym pomagam, zamieniając marki zachodnie na enerdowskie. Moja praca jest częścią legendy, którą kazano mi sobie stworzyć. Nieoficjalnie mam tu bazę wypadową do dalszych poczynań na niwie „Ku chwale Ojczyzny”. Stadt Hotel lub hotel Niva – przy Inwaliden Strasse. Układ z tym handlem jest o tyle ciekawy, że wszystko to, co uda mi się zarobić (a jest tego sporo), według ustaleń z Siwym – jest moją własnością. Kasy jak lodu, bo chętnych jest wielu. Marki wschodnie mam z przemytu Marlboro – z Polski. Mam swoich szatniarzy, którzy biorą ode mnie towar. Przebicie jest bardzo duże. Dostaję 50 marek wschodnich za dużą paczkę. To po zamianie na skwerze, jest około 13-15 marek zachodnich. Biorąc pod uwagę, że ceny na Marlboro w Polsce, są niskie a tygodniowo „przeciągam” około 100 dużych paczek (tak zwanych „sztang”) – to daje się żyć…

Acha, jeszcze jedno. Robię to jedynie dla bezpieczeństwa własnego tyłka. To jest dobra „legenda”. Kasa jest jedynie wynikiem. Nie celem! No… przyznam, że dość przyjemnym wynikiem.

A więc siedzę na murku i czekam. Czekam na specyficznego klienta. Przez ten czas wymieniam dwa razy po 100 zachodnich i raz 20. Kurs: „po oczach klienta” od 3,5 do 4,0 wschodnich za jedną zachodnią.

Podchodzi do mnie chłopaczyna. Tak ze 20 – 22 lata. Czarniawy lekko. Tak z arabska.

– Masz „beczkę” i daj „beczkę” – mówi po polsku półgłosem. Wyjmuje przy tym sto zachodnich. Ja mu daje sto wschodnich. To jest hasło. Wymiana jeden do jeden nie może się tu zdarzyć. Chłopak odchodzi. Ale niedaleko. Kilkadziesiąt metrów – na murek przed Intershopem. Przypala papierosa (Marlboro – oczywiście) a paczkę wyrzuca niedbale za siebie – pod murek. Odchodzi. Ta paczka jest moja. Nie ma się co spieszyć. Chodnik i trawniki wokół hotelu sprzątają o 11.00 – taki tu rozkład dnia. I tak na wszelki przypadek, dobrze się porozglądać… Po kilku następnych transakcjach idę do Intershopu, kupuję sobie koszulkę polo i… siadam na murku. Paczka po fajkach jest moja. W środku na sreberku (od środka) pięć liczb. Starczy. Dwie pierwsze określają mnie, następna nic nie oznacza. Pozostałe dwie – spotkanie w Warszawie i termin. Jest chyba nowa robota. Do dupy z tym wszystkim. Czuję lekki ciężar, gdzieś w środku. Może to strach…A taki był spokój…

Wieczorem trzeba będzie zwinąć tyłek. Rano będę w Warszawie. Oficjalnie – po kolejną porcję towaru. Nieoficjalnie u Siwego. Pułkownika Ludowego Wojska Polskiego.

ROZDZIAŁ 07

Tak pod koniec lutego, zawołał mnie szef kompanii i powiedział:
– Jutro po śniadaniu  przyjdziecie po mundur wyjściowy i pojedziecie gdzieś na badania.
– Na jakie badania? – spytałem, bo nic nie słychać było o planowanych rozrywkach tego typu.
– Nie wiem. Macie przyjść i już, bez gadania. Odmaszerować – dodał.

Jak na razie, comiesięczne badania odbywały się na korytarzu kompanii. Takie specyficzne i to pod dość wąskim kątem. A wyglądały tak:
– W szeregu zbiórka!!! – tradycyjny ryk podoficera dyżurnego.
Zbieraliśmy się. Przychodził kapitan – lekarz jednostki i…
– Spodnie opuścić!!! – to była jedna z ciekawszych komend, jaką słyszałem w wojsku. Następne były jeszcze lepsze. Jakby ktoś nie widział a jedynie słuchał, to mógłby nabrać dość dziwnego przekonania co do zadań mojej jednostki.
– Gacie opuścić!!! – opuszczone. Stoimy z fiutami na wierzchu. Kilkadziesiąt chłopa w szeregu…
I teraz gwóźdź programu:
– Skórę ściągnąć!!!

Tu lekarz przechodził wzdłuż szeregu i bacznie przyglądał się naszym ptaszkom. Co chwilę się zatrzymywał i komentował:
– Wy szeregowy ten ser to dla rodziny zbieracie?
Lub:
– Co wy nim kurwa, węgiel żołnierzu przerzucaliście?

Jedynie przy moim koledze z sali zatrzymywał się i zawsze kręcił głową. Kolega miał wzrostu, tak… no… 160 centymetrów. Natomiast penisa „w stanie spoczynku” tak gdzieś około 25 centymetrów.
Co tu dużo gadać – w cywilu kariera przed nim.

Po obejrzeniu nas, padała komenda:
– Ubrać się – i po badaniach.

Nie wiem dlaczego tak się działo. Może jakiś nietuzinkowy syfilis panował w okolicy, czy coś. Dość, że za każdym razem czułem się upodlony do granic. Jak bydło jakieś. Szkoda, że jeszcze pieczątki na kutasie nie przykładali „Wolny Od Syfilisu” – z podpisem kapitana, oczywiście.

No, ale dobra. Rano, następnego dnia zawieźli mnie do jakiegoś budynku w Warszawie. Tam uprzejma pani w białym kitlu kazała mi poczekać na krzesełku w pokoju. Po chwili przyszedł starszy major i spytał:

– To wy ten szachista, tak? – lekko zgłupiałem, bo nie spodziewałem się takiego zakwalifikowania.
– Tak… – odpowiedziałem niepewnie, bo nie wiedziałem czy to dobrze, czy też nie…
– No to chodźcie ze mną – no to poszliśmy z nim.

W pokoiku był stolik, krzesło, jakieś kartki i długopis. To wszystko.
– Siadajcie sobie i zrelaksujcie się – z tężcowym uśmiechem zachęcił major.
– Tu macie taki test. Jest tego trochę, ale nie musicie się spieszyć. Macie na to trzy godziny – dodał jakby uspokajająco.

Kupka makulatury była dość gruba.
– No to co? Możecie startować? Wszystko jest tam napisane, to dacie sobie radę… – i nie czekając na jakiekolwiek słowo, wcisnął stoper mówiąc:
– No to start i powodzenia. Jak skończycie to zawołajcie. Jestem obok – i… tyle go było.

Test jak test. Zagadki logiczne, rysunki, układanki, ciągi cyfr i inne duperele. Z mojego punktu widzenia, raczej proste. Toteż specjalnie nie trwało to długo. Może ze 40 minut.

Wstałem i zapukałem do drzwi. Major wyszedł i spytał:
– Co się stało? Długopis nawalił?
– Skończyłem – odpowiedziałem zgodnie z prawdą.
– E tam… już? – powątpiewanie zagościło na jego twarzy – toście pewnie pierdołów nawpisywali. Ale cóż – dawajcie to i czekajcie na korytarzu – dodał znikając.

Usiadłem na krzesełku i gapiłem się na przechodzących. Prawie sami w białych fartuchach, na mundurach. Ułatwiało to życie, bo nie trzeba było ciągle wstawać, oddając honory. Posiedziałem z 15 minut zanim wyszedł major, popatrzał na mnie tak jakoś niby ironicznie, niby z zaciekawieniem i… poszedł bez słowa. Zostawił jednak, niedomknięte drzwi. Podszedłem i nadstawiłem ucha. Ot, tak – raczej z nudów…

-… tak towarzyszu pułkowniku.. tak… – damski głos widocznie do telefonu, bo nie było słychać rozmówcy – sto procent poprawnie w 38 minut. No mówię… w 38 minut. Wiem, wiem ale major mierzył stoperem. Nie ma mowy o pomyłce… jeszcze nie było takiego wyniku od początku… Tak, zamelduję, oczywiście. Odmeldowuję się.

Trzask odkładanej słuchawki wymiótł mnie na krzesełko. Za chwilę w drzwiach pokazała się zupełnie cywilna kobieta około 40-tki. To znaczy – ubiór miała cywilny, bo sądząc po gadce przez telefon, to chyba nie do końca była taka „cywilna”.

– Proszę do środka – uśmiechnęła się. Dziwnie mi się zrobiło po tym „proszę”. Ostatnie miesiące nikt mnie o nic nie prosił. Przeważnie darł mordę lub rozkazywał…
Kazała usiąść przy biurku, naprzeciw siebie.
Po serii idiotycznych pytań na temat moich danych – tak jakbym spadł im z Marsa i nie mieli kompletu informacji o mnie, padło pytanie, które trochę mnie zbiło z pantałyku:
– A jak tam w jednostce? Dobrze się czujecie? – wyglądało to nawet tak, jakby ja to interesowało.
No pewnie!!! Zaraz ci powiem. Ani nie wiesz… A później dołożycie mi do dupy…
– W porządku… no… koledzy fajni i ten… no… – jąkałem się jak niedorobiony kretyn.
Zaśmiała się głośno.
– Ej, szeregowy, szeregowy… co wy mi tutaj bajki opowiadacie – spojrzała ironicznie – lubicie spędzać życie w kiblu ze szczotką lub stać z członkiem na wierzchu, w towarzystwie tych fajnych kolegów? – spytała.

To głupia dupa, pieprzona głupia dziwa… Czułem jak się robię czerwony i najchętniej wyskoczyłbym szybko przez drzwi. A nawet przez okno. Jezu, ale obciach…
– Chyba, że was to bawi, co? – dodała jakby z zaciekawieniem.
Trochę mnie szlag trafił na takie gadki, więc uprzejmie i z wymuszonym uśmiechem odpowiedziałem:
– I tak dobrze, że skórę trzeba ściągać sobie a nie sąsiadowi – przeszedł mi pierwszy wstyd.
Miałem 20 lat i nie gadałem nigdy z dorosłą babą o „takich” sprawach.

Roześmiała się znowu, ale wyczułem teraz sympatię.
– No to jak jest wam w tej jednostce? – powtórzyła pytanie.
– Jest obywatelka wojskowym, to chyba wie, prawda? – pojechałem lekko dookoła tematu.
– O, a skąd takie przypuszczenie, że jestem wojskowym? – zdziwiła się.
– Nie wiem skąd, ale wiem… Może to ton głosu, może sposób poruszania… – wcale jej nie powiem, że podsłuchiwałem.

Spojrzała tak jakoś, jakby spłoszona.
– To tak widać? – spytała jakby z niezadowoleniem.
– No wie pani… to znaczy przepraszam, obywatelka… – poprawiłem gafę.
Uśmiechnęła się i podtrzymała moje przejęzyczenie:
– No, skoro obywatelka wam się pomyliła z kobietą, to chyba nie jestem aż taka strasznie wojskowa – stwierdziła raczej ironicznie.
– Jak się siedzi w tym… no, w wojsku, to może człowiek jest wyczulony. Nie wiem – zeznałem dość mętnie.
– No dobra. Rozumiem, że nie pogadamy o waszym samopoczuciu w wojsku?- jakby z żalem.
– Myślę, że sedno i wszystko co się za tym kryje już obywatelka poruszyła. – odparowałem – wszystko inne jest jedynie mniej lub bardziej z tej samej bajki – wystraszyłem się czy nie za śmiało pociągnąłem.
Ale chyba nie. Na jej twarzy odmalowało się coś, jakby zrozumienie.

Dalszy ciąg rozmowy był już bezpieczniejszy. Było o rodzinie. Mojej – oczywiście. O szkole, szachach, nauce, dziewczynach i… wyciągnęła ze mnie cały życiorys. O ile 20-latek może już coś takiego, w ogóle posiadać. Gadaliśmy ponad dwie godziny. Ona pisała, ja nadawałem.

Na koniec powiedziała:
– Wasze testy wyszły nadspodziewanie dobrze. Nawet bardzo dobrze. Mam nadzieję, że się jeszcze spotkamy żołnierzu. Nie „szeregowy” tylko „żołnierzu”. I zabrzmiało to jakoś inaczej niż zwykle.
– No to już jedźcie do tej jednostki – zakończyła.
– Odmeldowuję się – trzasnąłem kopytami.

Zaśmiała się i kazała mi się wynosić. Ale zrobiła to miło. Chyba polubiłem ją przez te dwie godziny. Fajna baba.

Wróciłem do jednostki. Nikt mnie o nic nie pytał.

ROZDZIAŁ 08

 Gdzieś.

Chłopaki leżeli w rządku na trawie. Na wznak. Ubrani byli różnie. Jedni w pidżamach w paski, inni częściowo w mundurach, kilku nago. Mimo tego zróżnicowania, łączyła ich jedna wspólna cecha. Poderżnięte gardła. Trzydziestu dwóch chłopaków. Żołnierzy zbuntowanej jednostki Układu Warszawskiego. Lekko padało, ale to już ich nie dotyczyło. Bunt się właśnie zakończył.

Z niewiadomych dla mnie przyczyn, doszło do buntu w jednostce, która podobno cieszyła się dość złą sławą odnośnie rygoru, zamordyzmu i warunków bytowych. Na jednej kompanii żołnierze opanowali magazyn z bronią i… rozeszło się dalej. Po krótkim czasie, cała jednostka była pod bronią. Oczywiście mówię tu o żołnierzach odbywających służbę przymusową. Zawodowych pozamykano w areszcie. Nie mam pojęcia, co chłopaki chcieli utargować. Co by jednak to nie było, z góry skazani byli na przegraną. Podejrzewam, że po pierwszym zrywie, sami się pewnie wystraszyli. Jednostka znajdowała się w głębokich lasach. Praktycznie odcięta od cywilizacji i nawet gdyby ją zbombardować, to gdzieś tam – kilometry dalej, ludzie mogliby nawet nie usłyszeć. Dobę trwało wyczekiwanie. Nikt nie przyjechał do jednostki. Niektórzy z buntowników zaczęli uciekać w lasy. Pozostali trwali w nadziei… no właśnie – na co? Jest taki stan w grupach ludzkich, po którego przekroczeniu dzieją się rzeczy dziwne i niewytłumaczalne. No… może nie do końca. Tutaj iskrą podobno było „zajeżdżenie” jednego plutonu na karnej musztrze. Mówili, że nawet jeden z żołnierzy dostał zawału. A że jednostka słynęła z rygoru jak w ciężkim więzieniu to i zaczęło się.

Nie doczekali się chłopcy w opanowanej jednostce żadnych negocjacji. W nocy – z szybowców spuszczono na teren spadochroniarzy. Po cichutku i bez komentarzy. Spadochroniarze ci, to dość nietypowa formacja. Mieli zadanie, wykonali je i… zniknęli. Rano odkryto, że trzy sale śpiących żołnierzy wyrżnięto przez podcięcie gardła. Możliwie szeroko i spektakularnie. Akcja komandosów spełniła zadanie. Ogólny szok i panika, spowodowały, że wszyscy inni złożyli broń i wypuścili kadrę z aresztu. Nawet bez jednego strzału.

Nas przywieźli wpierw samolotem wojskowym, później już helikopterem. Długa to była podróż. Wtedy dopiero dowiedzieliśmy się od kapitana o buncie. Ale bez szczegółów. Tyle, że lecimy pomóc w porządkowaniu jednostki. Nie dziwiliśmy się już wtedy niczemu. Wiedzieliśmy, że nasz pluton jest jakiś… dziwny. Choć nawet nie wyobrażaliśmy jeszcze sobie, jak bardzo dziwny. Ale to przyszło z czasem. Z kolejnymi wtajemniczeniami i zadaniami.

Lecieliśmy nocą i w zasadzie nie wiem do dzisiaj – dokąd i co to była za jednostka.

Staliśmy opodal tego szeregu na trawie i… trudno to nazwać. Ja byłem sztywny. Pozostali – jedenastu z naszego PS, chyba też byli w nienajlepszej formie. Janusz, Kilof i Kobra rzygali. Inni stali jak w jakimś transie i szeroko otwartymi oczyma patrzyli na te jatki. A było na co. Ktoś, kto nie widział poderżniętego, ten nawet nie wie jaki to widok. A już tylu…

Zajechały dwie ciężarówki i nasz dowódca wydał nam rozkaz ładowania ciał. Pierwszego niosłem za nogi. Za ręce niósł go Żurek. Wyrzygał mu się na tą dyndającą luźno głowę. A ja za chwilę między nogi. Donieśliśmy go na raty. Potem z ciężarówki odbierali następni i na kupę. Nikt nas nie popędzał. Potem, już po długim czasie, zacząłem podejrzewać, że ciała czekały specjalnie na nas. Nikt ich wcześniej nie wywiózł, choć czasu było na to wiele.

Trzęsło mną jak bym był z galarety. Nawet się nie bałem. To był raczej stan jakiegoś odrętwienia i połączonego z automatyzmem. Robot do noszenia trupów. Na placu apelowym jednostki, w kwadratach – chyba po stu, siedzieli ci żywi. Na oko było ich z siedmiuset, może ośmiuset. Z rękoma na karkach, pod uważnym spojrzeniem kilkudziesięciu ubranych na czarno i zamaskowanych strażników, z pistoletami maszynowymi. Po rogach placu rozstawiono kilka ciężkich karabinów maszynowych. Było tak cicho, że stojąc tyłem, można by odnieść wrażenie, iż za plecami jest tylko las.

Po zakończeniu nasz kapitan rozdał każdemu kubek wódki. Wypiłem jak wodę. Trochę chyba ulżyło. Padła komenda:
– Pluton do helikoptera – dwa razy nie trzeba było powtarzać.

W helikopterze kapitan spojrzał na mnie i powiedział:
– Nie wyglądasz Cichy najlepiej. Ty się prześpij. I wy chłopaki też – dodał do reszty.
Działanie wódki wypitej duszkiem zrobiło swoje. Zasnąłem. Ale nie było to dobre spanie…

Bałem się, że przyśnią mi się chłopaki w ruskich mundurach, leżący na trawie w lesie.

ROZDZIAŁ 09

Jakoś na początku marca zawieźli mnie znowu do Warszawy. Tym razem już gdzieś, gdzie szarże były wyższe i kapitana to nawet nie uświadczysz. Zdjąłem czapkę, bo od ciągłego salutowania ręka mnie rozbolała. Czekałem na korytarzu. Ogólnie rzecz biorąc, czekanie na korytarzu stało się moją drugą, po planszetach, specjalnością w wojsku. Umiałem już czekać. Bez zniecierpliwienia i zbędnych dywagacji na temat efektów oczekiwania. Zawsze mnie zaskoczyli, tak więc teraz i tak, cokolwiek wymyślę to nie będzie to.

Podpułkownik, który wyszedł do mnie był elegancki, zadbany i pachniał dobra wodą po goleniu. Zupełnie nie pasował do określenia „trep”, jakim na co dzień byli określani zawodowi w jednostce. I to w tym łagodniejszym przypadku.

Oficer od razu zrobił pierwszy krok w kierunku zdezorientowania mnie, co do dalszych losów naszego spotkania:

– Proszę, panie Piotrze do środka – powiedział z uśmiechem.

Omal mi szczeka na glebę nie opadła. „Panie Piotrze” to było coś tak nieregulaminowego, że aż po prostu niemożliwego. To trochę tak, jakby po zameldowaniu się, ucałować dowódcę kompanii w usta. Nie wiedziałem co o tym myśleć, więc na razie przyjąłem wersję, że coś śmierdzi w powietrzu. Znacznie później – po kilku miesiącach, zorientowałem się, że moje odczucie było bardzo mizerne w stosunku do tego, na co się właśnie zanosiło.

– Obywatelu pułkowniku, szeregowy… – starłem się zameldować.
– Dość, starczy. Już dobrze, proszę usiąść. Przecież wiem kim pan jest – oficer machnął ręką a ja usiadłem jednym służbowym półdupkiem na miękkim krześle. On naprzeciwko. Na biurku nie znajdowało się dokładnie nic, oprócz telefonu. Pułkownik patrzył na mnie przez dłuższą chwilę. Spokojnie i bez jakiejkolwiek mimiki. Lekko pokiwał głową i uśmiechnął się…

Głupio mi się trochę zrobiło, bo poczułem się jak na wystawie. Widocznie zauważył moje zmieszanie, bo zagadnął wreszcie:
– Niech się pan nie przejmuje. Chciałem sobie dobrze pana obejrzeć i zapamiętać.

Fajnie. Ciekawe w jakim celu. Moja wątpliwa, na ten czas uroda koszarowa, chyba nie była podstawą tej kontemplacji. Amor raczej nie przeleciał w pobliżu… Nie odzywałem się, bo co tu się odzywać. Nie dość, że pułkownik, to jeszcze z tym jego „panie”…

– No dobrze. Może wytłumaczę, dlaczego pana tu zaprosiłem – zaczął powoli i jakby z namysłem – Proszę o wysłuchanie mnie do końca. Później będzie mógł pan pytać i komentować – uśmiechnął się.

Podciągnąłem drugi półdupek na krzesło, bo czułem, że zanosi się na dłuższe „story”…

„Stary” – ba tak go potem nazywaliśmy – przez trzy godziny mówił.
Przez następne trzy stworzył nowego człowieka – CICHEGO.

ROZDZIAŁ 10

Moje prawie ustawiczne wyjazdy miały za każdym razem swój start w kawiarni-dancingu Nowy Świat. W Warszawie – bo tu mieszkam do dzisiaj.

Miejsce to było punktem zbornym dla wszelkiej maści handlarzy z bajki „Drang nach Berlin”. Dokładnie rzecz biorąc – jednym z wielu punktów. Tu się zajeżdżało gdzieś w okolicach 17-tej i przy winiaczku lub flaszce pod stolikiem, dokonywało ostatnich przemyśleń, wymiany informacji ogólnych lub po prostu siedziało się na tyłku. Towar leżał w szatni. W torbach – jamnikach, pod czujnym okiem szatniarza, który za nasze „płaszczowe” to pewnie się wybudował.

Jako, że pociąg mieliśmy po 20-tej, czasu zawsze było na tyle dużo, że przeważnie zdążyliśmy już lekko się „naoliwić”. Wtedy była to metoda na tak zwane nerwy. Dla mnie wyjątkiem od alkoholu były te kursy, które nie były jedynie „handlowe. Te, które robiłem przede wszystkim z polecenia Siwego.

Większe nerwy zawsze mieli ci, którzy wozili towar zupełnie nie przewidziany w przepisach. Srebro, kolorowe bluzki dla Cyganów czy też pisma pornograficzne dla żołnierzy z radzieckich garnizonów. Kłopot z takim towarem polegał na tym, że trzeba było znaleźć cwaną skrytkę i… czekać na granicy. Celnicy w niemieckich mundurach potrafili czasami rozkręcić w dwie godziny, prawie cały wagon. Na szczęście nie mogli robić tego zbyt często, ponieważ mimo wszystko w całym tym pociągu, kilkunastu ludzi jechało do Berlina… turystycznie! Zbyt drobiazgowe rewizje powodowały opóźnienia i prawdopodobieństwo sukcesu przemytniczego nie było wcale takie małe. Skład takiego pociągu, był w zasadzie jednym wielki magazynem przemytu. Skrytki to, między innymi: przestrzeń między dachem a sufitem, zbiorniki wody, kanapy, lampy, skrzynki elektryczne i wiele innych. Cześć towaru ładowana była jeszcze na myjce, przed zajechaniem pociągu na stację Warszawa Centralna. Może to się wydać nieprawdopodobne ale chłopaki potrafili przewozić w belach po 500 – 1000 bluzek z bazaru, po kilka tysięcy 16-kartkowych „świerszczyków” formatu A-5 czy wreszcie po kilkadziesiąt kilo srebra. Nawet jak towar wpadł raz na jakiś czas – jakoś im się to opłacało. W zasadzie, zawsze coś tam celnicy wywąchali. Nasi lub niemieccy. Oni też musieli się wykazać. Nie byłem przy tym ale wydaje mi się, że duża cześć towarów przejeżdżała tylko dlatego, że ktoś umiał dogadać się „do ręki”. Miałem znajomych, którzy dawali do zrozumienia, że „w razie co…” to mnie skontaktują. Byłem tu traktowany jako stary wyjadacz, to też traktowali mnie jak swego.

Z tym, że ja akurat byłem w sytuacji bardziej komfortowej. Marlboro były towarem przemycanym przeze mnie metodą opatentowaną przez doświadczenie. Po prostu, przed przejazdem granicy, szło się wzdłuż pociągu i… rozdawało duże paczki Marlboro – każdemu, kto nie miał. Metoda na pozór samobójcza. Rozdanie kilkudziesięciu dużych paczek nieznajomym ludziom? To brzmi jak bajka. Ale proszę sobie wyobrazić, że na taki jeden kurs, ginęły 2-3 paczki. Reszta wracała podczas zbierania, po przejechaniu granicy. Przepisy zezwalały na przewóz 10-ciu małych paczek. Czyli akurat tyle, ile było w dużej. Oczywiście często była to transakcja typu usługa za usługę. Czasami granicę przejeżdżałem w skórzanej kurtce lub płaszczu – mimo 25 stopniowego upału (a co to kogo obchodzi w czym mi do twarzy…) lub wiozłem samowar, czapkę z lisów albo wszelkie inne pomysły rodaków na zbicie magnackiej fortuny. Jednym słowem „Polak potrafi”. Ani nasi ani niemieccy celnicy nie udawali nawet, że uważają nas za turystów. Jeżdżąc kilkadziesiąt razy w roku, nie mieliśmy szans na anonimowość. Ale ponieważ rzadko się zdarzało aby do konkretnego towaru udało się dołączyć jego właściciela, to też oficjalnie mogli nas jedynie szykanować kontrolami osobistymi, rozkręcaniem przedziałów czy innymi tego typu działaniami. Mnie to akurat wisiało. Mogli nawet zmienić cały skład na inny. Mój towar był stosunkowo bezpieczny. Chyba żeby wymienili mi pasażerów na innych…

Kolejną, dość ciekawą sprawą był bilet kolejowy. W tych czasach, kupiony bilet ważny był 6 miesięcy. Czyli można było kupić i w tym okresie go wykorzystać. Bilet kupowałem dwa razy w roku. Zasada PKP (Płać Konduktorowi Połowę) działała w najlepsze. Czasami zastanawiało mnie, jak to jest możliwe, że jeździły pełne pociągi ludzi… i nikomu to nie podpadło. Oczywiście „Połowę” to takie hasło. Bywało różnie. Ja przeważnie stawiałem na socjał, czyli zaproszenie się do przedziału konduktorskiego z wódką i zakąską.  Po pewnym czasie znałem wszystkie zmiany konduktorskie. Również te z Warsa i z elektrowozów.. To było ważne podczas powrotu. Ale o tym kiedyś…

Do dzisiaj mam klucz kolejowy, który ukradłem pijanemu konduktorowi. Takim kluczem można otworzyć wszystko to, co jest zamknięte w wagonie. Przejechał ze mną chyba z pół miliona kilometrów. Obecnie pociągami już nie jeżdżę – służy mi jako breloczek do innych kluczy.

Po przejechaniu granicy, bywało różnie. Albo celnicy wyszli, albo jechali dalej. W pierwszym przypadku, ruch zaczynał się oficjalnie i bez skrępowania. Wszyscy wyciągali towar bez jakiegokolwiek czajenia się. W przypadku drugim było gorzej. Niektórzy mogli liczyć na zbiory dopiero po odjeździe pociągu poza stację Ostbanhoff Berlin – gdzie skład kończył kurs. Na dalekich bocznicach lub podczas dojazdu do nich. Mój towar był stosunkowo niewielki i zbierałem go w ostatniej chwili. W związku z tym rzadko miałem kłopoty z celnikami, którzy potrafili czasami zrobić kipisz jeszcze tuż przed Berlinem.

Na stacji W Berlinie, wysiadała ta cała mniej lub więcej pijana banda i rozsypywała się po swoich „dziuplach” lub potem handlowała „z rączki” w przejściach podziemnych. Ja miałem utarty szlak. Restauracje w Berlinie. Dokładnie sześć. W dwie godziny objeżdżałem je taryfą i… fajrant. Później tylko skwer cinkciarzy, gdzie  trzeba było to zamienić na prawdziwe pieniądze i czasami dodatkowo, na złote monety – „Afrikanner Krugerand”. Resztę czasu poświęcałem na debilne rozrywki (kiedyś napiszę) lub rzadziej – na wykonywanie dużo mniej rozrywkowych pomysłów mojego jedynego zleceniodawcy – podpułkownika „Siwego”.

ROZDZIAŁ 11

Wasyl wyglądał tak, jak moim zdaniem powinien wyglądać prosty chłopek z sowieckiej wsi. W szarym drelichu z zawiniętymi rękawami, naśladującym jakby ubranie robocze. Łapy, jak nabieraki od koparki. Uroda… no, nawet niedowidzący mógł go wziąć, w najlepszym przypadku za brzydala. I żylasty taki jakiś… Z początku, na pierwszym spotkaniu,  wywołało to w nas podejście nacechowane pewnym lekceważeniem. Ale niezwykle krótko. Wasyl widocznie zauważył, że słuchamy go trochę z przymrużeniem oka i pobieżnie, bo po krótkiej prezentacji siebie i dość mętnej opowieści na temat celu naszego spotkania – zrobił coś, co od razu poprawiło jego image w naszych oczach. Siedzieliśmy w pokoju, w którym poustawiane były dwuosobowe stoliki. Ja i Janusz, siedzieliśmy razem i byliśmy oparci plecami o drewnianą ścianę. Wasyl popatrzył spokojnie na nas i… szybkimi ruchami rzucił dwoma ostrzami. Oba wbiły się ponad naszymi głowami. Tak może ze dwa-trzy centymetry. Nie zesrałem się w spodnie, bo byłem kompletnie zaskoczony i nawet nie zdążyłem się wystraszyć. Janusz też jedynie pobladł i nawet nie drgnął. Odległość między lejtnantem Wasylem a nami wynosiła tak na oko… 10 metrów.

Wasyl, jakby nigdy nic, ciągnął dalej w połamanym języku polskim. Ale zrozumiale.

– Normalnie, rzucam 30 centymetrów niżej – uśmiechnął się szeroko i podszedł do nas. Wyjął dziwne ostrza ze ściany, wrócił na miejsce i… poprowadził spotkanie dalej. Przez dwie godziny było tak cicho, że gdyby przeleciała pszczoła, to pewnie popękały by nam bębenki w uszach.

Wasyl, bo tak się kazał nazywać, miał nas przez najbliższe pół roku uczyć tego, jak nie dać się zabić pierwszemu lepszemu gnojkowi. Dodatkowo był instruktorem kempo, które w całej cywilizowanej Europie wtedy było zakazane – poza pewnymi „kółkami zainteresowań”.

Odbyliśmy z Wasylem i jego pięcioma pomocnikami 52 spotkania po 8 godzin. Po powrocie z takich zajęć, podtarcie sobie samodzielnie tyłka, graniczyło z ekwilibrystyką cyrkową. Gnaty, mięśnie i cała reszta była tak poobijana, że zastanawiałem się chwilami czy dożyję końca tego pół roku. Dożyłem.

Chłopaki Waśki (wszystkie radzieckie), urywali nam głowy, ręce, nogi i wszystko to co się dało, z zawziętością prawdziwych radzieckich komunistów. Sami wykonani byli prawdopodobnie z jakiegoś metalu, bo cały ten wysiłek nie spowodował u nich nigdy jakichkolwiek oznak zmęczenia.

…Siedzimy na matach a Waśka z intonacją głosu prezentera nowego odkurzacza opowiada, jak wbić nóż w człowieka aby ten nie wydał żadnego dźwięku…

… Siedzimy na matach a Waśka z intonacją gospodyni domowej opowiadającej o przepisie na rosołek, pokazuje, jak złamać kark – na kilka sposobów…

… Siedzimy na matach a Waśka z uśmiechem akwizytora pokazuje, jak uderzyć znienacka tak, aby zatrzymać pracę serca…

… Siedzimy na matach  a Waśka błyskając złotą górną trójką, demonstruje jak przy pomocy kawałka żyłki lub drutu założyć garotę…

Zawsze w atmosferze beznamiętnej i czysto technicznej. Myślę, że podobnie wygląda instruktarz w rzeźni – dla tych, którzy zabijają krowy czy świnie. Na początku to mnie szokowało. Później już nie… Okazało się, że człowiek jest mechanizmem delikatnym i jakimś takim nietrwałym. Przynajmniej w rękach tych ludzi.

Po każdej teorii – do roboty. W parach. Janusz i ja, przez te pół roku „nazabijaliśmy” się wzajemnie po kilkanaście tysięcy razy. Czasami kończyło się drobniejszymi lub grubszymi kontuzjami. Kiedyś po markowanym uderzeniu w tchawicę, plułem krwią ze dwa dni. Janusz trochę zgubił dystans…. Inni różnie – od zwichnięć i stłuczeń, do krwiaków, guzów i zadrapań. Kilka razy – krótka utrata przytomności. Żadna kontuzja nie zwalniała z dalszego udziału w zajęciach. Czasami krótka przerwa dla poszkodowanego i… jazda dalej.

Wasyl i jego chłopaki, prawdopodobnie nie daliby rady obsłużyć maszynki do mielenia mięsa. Natomiast z całą pewnością byli w stanie zabić każdego i w każdej sytuacji. Taka wąska specjalizacja społeczna…

Kiedyś, na kolejnych zajęciach Kobra głośno wyraził wątpliwość, czy ktokolwiek jest w stanie to wszystko zapamiętać. Waśka uśmiechnął się i odpowiedział:

– Jak znajdziesz się w sytuacji, gdy za chwilę będziesz miał zginąć lub zabić – zabijesz i… nie będziesz nawet wiedział jakim to zrobiłeś sposobem – uśmiechnął się i dodał – Ja nie uczę was myśleć. Uczę was zabijać odruchowo… lub dać się zabić elegancko i z klasą – szelmowski uśmiech zakończył wyjaśnienia.

Oczywiście, ani on ani my nie mieliśmy złudzeń, że przez pół roku można z kogoś zrobić maszynę do zabijania. Ja to nawet nie widziałem sensu tych ćwiczeń. Siwy mówił zawsze o wykorzystaniu mojej inteligencji… Traktowałem te ćwiczenia jako pewnego rodzaju dodatek. Ale im chodziło jedynie o pewne podstawy „szkoły przeżycia”, dopasowane do takich sytuacji, które braliśmy oczywiście jako czystą teorię. Naiwniaki, oj naiwniaki…

Ostatni miesiąc był wyjątkowo ciekawy. Praktyka w terenie. Jednostka tuż pod Warszawą. Nasze zadanie zawsze jednakowe. Przejść z punktu A do punktu B w parach, no i nie dać się „zabić”. Zawsze nocą. Do przejścia tak z 3-4 kilometry. Nasi przeciwnicy to ci sami, którzy nas szkolili. Sami sobie wybieramy trasę i…

Przeważnie kończyło się to całkowitą klęską. Obezwładnieni i związani jak barany leżeliśmy na wartowni a Waśka używał sobie na nas i naszych „osiągnięciach”. Jak zwykle z humorem.

Biorąc pod uwagę, że nas było 12-tu a ich 6-ciu… mógł sobie poużywać. Nam z Januszem udało się cztery razy na… kilkadziesiąt. I to był dobry wynik!
Na zakończenie całego cyklu Waśka jednak powiedział:

– No rebiata, jak na kompletnych nowicjuszy zrobiliście bardzo zadawalające postępy. Pierwszy raz mówił bez uśmiechu i swoistego poczucia humoru.

– Pamiętajcie, nie myślcie a róbcie. Wasz mózg sam będzie wiedział co. Ja się z wami żegnam i… mam nadzieję, że się kiedyś jeszcze spotkamy na wódce.

Na koniec jednak nie wytrzymał i dodał z szerokim uśmiechem:
– A teraz, spokojnie możecie iść dać się zabić.
I tym optymistycznym akcentem pożegnaliśmy się z ludźmi, których nigdy bym nie chciał spotkać po drugiej stronie barykady.
Polubiliśmy lejtnanta Wasyla i jego chłopaków. Mimo wszystko.

Wiedza, którą zdobyłem w tym czasie przydała się w sytuacjach, gdy to ja byłem myśliwym lub odwrotnie… celem do zabicia. I to przeważnie celem dla ludzi w tych samych mundurach,. jaki nosił po zajęciach Wasyl. Chociaż… dla innych też…

(cdn… – kiedyś może napiszę)