Dzisiaj u mnie, nie jest dobry dzień…

Dlaczego człowiek jest tak skonstruowany, że nie potrafi wyplątać się z tej sieci? Nie potrafi zostawić tego wszystkiego co go oddziela od prawdziwego życia. Nie umie przeciąć tych wszystkich nici utkanych z nadziei innych, z oczekiwań, z poczucia własnej ważności w sprawach dziejących się dokoła. Nici, które pozwalają poruszać się jedynie po niewielkim wycinku przestrzeni. Po wycinku, który na co dzień daje złudzenie prawdziwego życia. A tak naprawdę jest jedynie ochłapem rzuconym przez los (?)…

Kręcę się w tym kawałku pseudo-życia i zdaje mi się, że jest tu cokolwiek naprawdę ważnego i wartego całej tej szamotaniny. Cokolwiek wartego aby tracić na to nerwy, zdrowie, upływające lata i siebie. Cokolwiek, co by usprawiedliwiało wyprzedanie się za trochę przedmiotów – bo w sumie do tego się to wszystko sprowadza.

Dlaczego i jak to działa, że za te kilka pozorów traci się radość, wolność i możliwość wyborów. Że nagle robię się niewolnikiem bo są ludzie, których trzeba się obawiać i są tacy, którzy obawiają się mnie. Że nie ma już rzeczy pojedynczych a są tylko całe, powiązane przyczyny i skutki. Chcąc zmienić jedno, pociągasz lawinę spraw doklejonych przez cały ten egzystencjalny dom wariatów. Z prostych wyborów robią się wybory o zakresie przerastającym możliwość ogarnięcia ich skutków. Z bierek, gdzie trzeba jedynie uważać na to aby nie potrącić innych, robią się szachy – gdzie obecny wybór może zrujnować partię dopiero za jakiś czas. I każdy ruch trzeba analizować pod kątem wszystkich. Tylko najmniej pod kątem siebie. Bo jak się okazuje – wszyscy są ważniejsi. I wszystko jest ważniejsze niż JA. Każdy ruch dotyczy wszystkich i wszystkiego.

I co z tego, że wiem o tym, i że widzę cały ten bezsens rozmieniania się na drobne. Widzę, że udaję, że to tylko taka gra pozorów – dająca chwilowe poczucie ważności bycia. I ważności czynów, dokonań czy wyników. Co z tego, skoro jestem związany zakorzenioną głęboko przyzwoitością, troską o innych czy wreszcie własnym strachem przed dokonaniem jakiegoś spektakularnego ruchu rozbijającego cały ten układ. Co z tego, skoro wychowało mnie tak, że miałbym wyrzuty sumienia w stosunku do bliskich, że z jednej niewoli – społecznej, przeszedłbym do innej – sumienia. Że zawsze bym się martwił, czy mój wybór nie zamieszał innym tak, że będą cierpieli.

Czasami zazdroszczę tym, którzy są sami. Samotność ułatwia dokonanie wyboru, ponieważ jakikolwiek byłby ten wybór – jest ryzykiem i konsekwencją duchową dla wybierającego. Zawsze można spakować plecak, kupić bilet i… nie zostawiać za sobą tych wszystkich, którzy mają nadzieję, którzy liczą na ciebie, czy wreszcie tych, którzy z różnych powodów zostaną sami. Czy wręcz samotni. Bo ci ludzie, to jest również dorobek mojej egzystencji.

I tak pozostaje wybór pomiędzy jednym złym wyjściem a drugim złym wyjściem…

Pomiędzy: skrzywdzić siebie i iść dalej niby niemy, zmęczony tragarz – rezygnując z tego wszystkiego TAM lub; zostać niby wolnym – kalecząc duszę zmartwieniem o tych, którzy zostali…

A najbardziej męcząca jest pozycja przed wyborem. I przeważnie jest to pozycja, w której pozostaje się na zawsze. W zawieszeniu, jak sprinter w blokach, który oczekuje na strzał startera. Tylko strzału nie będzie…

Dzisiaj u mnie, nie jest dobry dzień…

Pewnie to wszystko jest mało czytelne i bez sensu dla kogoś z zewnątrz. Ale tym razem nie dbam o to. Tym razem pisałem do siebie.