(sprowokowany niektórymi wypowiedziami, moich Znajomych z Facebook’a…)

Temat wałkowany od czasów, kiedy to człowiek posiadł już jakąś świadomość swojego bytu. Mimo upływającego czasu oraz diametralnych zmian społecznych i obyczajowych – określenie dobra i zła, ciągle wymyka się konkretnym szufladkom. Wydaje mi się, że im jesteśmy bardziej cywilizowani, tym te szufladki dalej. Tym bardziej cienka i pogmatwana jest linia rozdzielająca oba zjawiska. Bo to, my sami – jako gatunek – jesteśmy coraz bardziej pogmatwani.

Tak, na pierwszy rzut oka, każdy z nas natychmiast rozpoznaje dobro i zło. Bardzo szybko i bez specjalnych wahań. Tyle, że jest to ocena bardzo subiektywna bo oparta na dwóch filarach. Pierwszym z nich jest własny interes. Drugim, osąd narzucony przez wartości społeczne. Każde z nas, niemal bez zastanowienia, klasyfikuje zdarzenia, które odbijają się na nas negatywnie, jako złe.

Bez względu na to, czy zdarzenie odbiera nam zdrowie, wartości materialne czy też elementy własnego wizerunku. W tym przypadku, nasza ocena jest subiektywnie sterowana zachowaniem własnego status quo. Ponieważ nikt nie lubi tracić. Pewnym odstępstwem od tej sytuacji są momenty, gdy tracimy z własnego wyboru – w myśl wyższej idei. Ale to już inna bajka.

Druga opcja, która pomaga nam określać dobro i zło, to społeczne ustalenia, ogarnięte w różnego rodzaju kodeksach. Pisanych lub nie. Wychowanie ma zdecydowany wpływ na nasze sądy. A wychowanie to – w normalnych rodzinach – jest raczej zgodne (lub prawie zgodne) z tym, co narzucają nam wszelkiego rodzaju przepisy, zarządzenia czy inne nakazy lub zakazy. Tu, dodałbym jeszcze system kształcenia oraz (w dużym stopniu) religię, jako elementy mające spory wpływ na nasze zapatrywania etyczne.

I tak, wyrastamy (i rośniemy dalej) wychowani na pewnego rodzaju zbitce tego – co zdaniem prawa oraz ludzi mających na nas wpływ – jest dobre lub złe.

Proszę zauważyć jednak, że wszelkie te oceny nie są obiektywne. Obiektywne by były wtedy, gdyby można je było zastosować do wszystkich i we wszystkich miejscach. A tak nie jest.

Ponieważ obiektywne wzorce dobra i zła nie istnieją. Tak samo jak wzorzec moralności. Są to wartości uzależnione od takich zmiennych jak; grupa społeczna, religia (!) czy też – terytorium.

I wcale nie trzeba szukać unikalnych plemion w dorzeczach Amazonki. Ani w Afryce czy Ameryce południowej. Wzorce dobra i zła różnią się nawet, w obrębie terytoriów uważanych za bardzo cywilizowane.

Zantagonizowana społeczne Europa – jako pewien tygiel wielu źródeł zasad – jest dość dobrym przykładem na to, że wszelkie ustalenia obiektywnych wartości,są skazane na porażkę. I nie mówię tu o skrajnych zjawiskach, takich jak śmierć czy inny gwałt wobec jednostki czy grupy. Chodzi mi tu i te drobniejsze sprawy. Wszelkiego rodzaju szowinizmy, nacjonalizmy, rasizmy, ksenofobie czy homofobie, to przecież nic innego jak uświęcone wychowaniem (a czasami kursem państwa) objawy subiektywnego zła. Piszę „subiektywnego” ponieważ nikt nie rodzi się rasistą. To się nabywa – z różnych powodów.

Takim skrajnym przypadkiem był Hitler i jego III Rzesza, czyli cała machina wychowawczo-propagandowa na usługach tego, co określamy złem. Wyobraźcie sobie, że macie 12-14 lat. Czyli ten czas, kiedy to człowiek zaczyna mieć własne osądy w sprawach wykraczających poza piaskownicę i pokój zabaw. I wyobraźcie sobie, że trafiacie na taką scenę – obejrzyjcie całą:

FRAGMENT FILMU „KABARET”

A przecież nie była to jedyna forma agitacji – w tych czasach. No, i zaczęło się to znacznie wcześniej niż na tym filmie.

Gdybyście w wieku 12-14 lat byli indoktrynowani, na każdym kroku, gdyby wpajano wam, że jesteście nadludźmi i panami świata, że reszta to podludzie a Żydzi są jedynie szkodnikami, które należy tępić… No, nie wiem.

Powiedzcie mi zatem, czy człowiek tak wychowany, mający pełne przeświadczenie o słuszności wyuczonego bełkotu, jest dobry czy zły? Przecież on nie miał szans na cokolwiek innego. Jego światem była III Rzesza, wódz i to, co było wtedy „na fali”.

Nie jest moim celem obrona ideologii tamtych czasów – nie. Chodzi mi jedynie o ukazanie, że sprawy dobra i zła wcale nie są takie łatwe. Przykład III Rzeszy jest przykładem bardzo skrajnym. A przecież tego typu zjawiska dzieją się zawsze i wszędzie (!) – tyle, że są mniej wyraziste i mniej niebezpieczne. Chociaż – nie zawsze!

Dobro i zło są wynikiem wielu składowych. Mówię tu (cały czas) o subiektywnych wartościach. I jako wartości subiektywne mogą się czasami różnić – nawet dość skrajnie. Ocena dobra i zła nie będzie nigdy wartością stałą i niezmienną. Warunki bytowe, stopień ucywilizowania czy też środowisko, modelują te wartości ciągle. Jest to proces bardzo powolny ale nieustanny. Jest to ciągła ewolucja, która podporządkowana jest nadrzędnym celom grupy (nie; jednostek) ludzi, zgromadzonej na danym terenie.

Wystarczy przejrzeć kilkadziesiąt ostatnich lat (nawet w Europie) aby zorientować się, że kanony dobra i zła przeszły (i przechodzą dalej) pewną metamorfozę.

Jeżeli spojrzeć na świat – jest to, na razie, jeden wielki kocioł zapatrywań na sprawy moralne i wynikające z tego implikacje.

Oceniając innych, warto wziąć czasami pod uwagę „krajobraz” osoby ocenianej. Przeważnie, wiele on tłumaczy.

Co, oczywiście, nie oznacza, że pochwalam wszelkie postawy życiowe. Ja się jedynie staram dociec, skąd się biorą i dlaczego.

(ciąg dalszy – może kiedyś…)