Jako, że starsze dzieci zrobiły sobie wychodne – w ramach integracji rodzinnej, zostaliśmy wynagrodzeni dozorcostwem na ich włościach. W zakres obowiązków wchodziły między innymi takie czynności jak opieka nad Patysiem. Dziecko raczej z tych, co to w ogóle nie dają szans na tak zwany święty spokój. Jak na swoje 1,5 roku, zdecydowanie jest za szybki, ma za dużo rączek i pomysłów na to, jak by tu dziadkom osłodzić wspólnie spędzone chwile. Do tego wszystkiego, jest rozbrajająco słodki, tak więc nawet za bardzo nie można się na niego marszczyć.

Repertuar zajęć ma na tyle szeroki, że trzeba zachowywać nieustanną czujność i już po chwili człowiek nabiera nawyków jak klawisz na spacerniaku.
Wszystko trzeba mieć pod uważnym okiem. A najważniejsze to jest to, aby w odpowiedniej chwili przewidzieć, co ten berbeć ma na myśli, rozpoczynając (na pozór) niewinną czynność. Bo tak naprawdę to nie ma takich czynności, które nie mogą się zakończyć w sposób dość nieoczekiwany. Jednym z przykładów mogą być okulary dziadka.
Sprzet, który budzi w małym jakieś dziwne instynkty. Rzuca się na nie znienacka (co to jest ten „znienacek”?) i to w sposób, że jeszcze ułamek sekundy wcześniej, nikt by nie przypuszczał, że on je nawet dostrzega. Jako, że dziadek zainwestował onegdaj (nie na stacji benzynowej) w wypasione oprawki i szkła – zabawa jest dość nietypowa, bo jednostronna. Bawi się wnusio. Dziadkowi to gwoździe z głowy wychodzą, jak widzi sprytne łapki tuż obok drogocennego sprzętu.
Na szczęście pozostało jeszcze trochę zwinności i refleksu. Rzut w powietrzu przez pokój, lądowanie obok i… jeszcze raz się udało. Z tym, że prawa natury są raczej po stronie Patryka. Kidyś dziadek się rzuci i… pewnie trzeba będzie go zbierać przy pomocy szufelki i drobnego sita. Ale to kiedyś…
Na razie batalię o moje okulary wygrywam.
Telefon komórkowy to już odpuściłem.
Niech tam…
Od czasu jak chłopaczyna sam – od czasu do czasu – zadzwoni z telefonu matki – doszedłem do wniosku, że można mu powierzyć taki sprzęt do użytkowania. Jedynie go blokuję – telefon, nie wnusia.
W zasadzie to wszystko jest przedmiotem zainteresowania. A od czasu, gdy nauczył się samodzielnie otwierać różne (pozornie bezpieczne) miejsca, wciska łapki w miejsca zupełnie do tego nieprzewidziane. Ot, choćby, lodówka. Niezwykle go frapuje nie tyle żarcie a raczej żarówka. Wystarczy, że świeci i już jest zabawa. A w mieszkaniu po pewnym czasie 6 stopni Celsjusza i para z pyska.

A skoro już jestem koło artykułów uważane za spożywcze, to jedno mnie dziwi. Ile może się zmieścić w takim małym opakowaniu, jakim jest 1,5-roczne dziecko. Zeżre swoje a następnie kursuje między babcią a dziadkiem i pomaga nam zjeść nasze. I to wcale nie symbolicznie – nie…
Jak już wydaje się człowiekowi, że temat został naturalnie wyczerpany – idzie do kuchni i pokazuje na wiszącą szafkę. Robi to z charakterystycznym, zachęcającym do działania dźwiękiem. W szafce są zawsze dyżurne biszkopty lub inne, lekkostrawne kawałki – choćby paluszki z kukurydzy. W zasadzie w każdym momencie, gdy któryś z domowników (lub gości) zaczyna cokolwiek jeść, to już krokodyla paszcza jest obok.
I spróbuj się nie podzielić. Aha…
Biorąc pod uwagę, że dziecko ma figurę odpowiednią do wieku, należy to uznać za cud jaki, bo normalnie wytłumaczyć się tego nie da.

A tak poza tym, że człowiek ma oczy przywiązane nitkami do chłopaczyny – gościu jest słodziutki!
I wie o tym…
A to się przytuli, a to da buziaka, a to znowu zatańczy w rytm… czegokolwiek w TV.  Robi miny i kokietuje.
I wiecie co?
Cholera – to działa.
A wydawało by się, że takiego starego wróbla jak ja, taki młody wróbel to nie nabierze. Nabierze, nabierze…
Nie ma na to rady. Człowiek jest jednak, pod pewnymi względami, bardzo podatny na manipulację.
Tylko skąd ten brzdąc o tym wie?

A potem jak zaśnie…
Aniołek po prostu. Buźka niewinna i słodka.
Taka zmyłka dla naiwniaków.

Wizyta skończyła się jednak pomyślnie. Strat w ludziach i sprzęcie nie odnotowano.
Młodzi mieli przerwę w niańczeniu a dziadki sobie przyplusowały towarzysko…