Obejrzałem sobie (kolejny raz) film „Skazany na bluesa”.

Jest to film o życiu Ryśka Riedla – soliście zespołu Dżem. Oglądałem go kolejny raz, bo bardzo mi się podoba. Film zrobiony dobrze, starannie i prawdziwie.

Tym razem, oglądałem go w nocy, po dość ciężkim dniu.

I stała się (pierwszy raz) rzecz dziwna i… niebezpieczna.
Niebezpieczna dla mnie – alkoholika.

W którymś momencie „zrozumiałem” Ryśka. Zrozumiałem jego stan, jego lęki, jego wnętrze. Nigdy nie miałem problemu z narkotykami, ale…

To przecież te same zasady.
Chore emocje, kołowrót nałogu, brak perspektyw i cała ta trauma związana z ćpaniem. Lub piciem alkoholu.

Wpadłem w dość dziwny stan, który utrzymywał się długo po obejrzeniu filmu. Siedziałem w ciemnym pokoju i… bałem się a jednocześnie ciągnęło mnie do starych czasów. Czasów, w których działo się ze mną źle. W których rzadkie chwile mocy przeplatały się z całą moją tragedią picia. Z tym, że bardziej wyraźne były echa tych lepszych chwil. Rysiek też je miał. Przecież (mimo nałogu) wiele zrobił.

Nie wiem, czy to zazdrość, czy żal za straconym czasem, ale coś się we mnie buntowało. Nie wiem, czy nawet (króciutkimi chwilami) nie zazdrościłem (!!!) Ryśkowi.

Jestem alkoholikiem.
Wiem, że moja choroba wykorzystuje każdy, sprzyjający moment, do tego aby pokazać pazury.
To był taki moment.

Nie staram się tu sugerować nikomu żadnych rozwiązań, bo każdy ma inaczej.
Piszę jedynie o sobie i swoim doświadczeniu.

Żegnaj Rysiek.
Więcej już nie obejrzę tego filmu.