Od kiedy tylko pamiętam, zawsze nakładano na mnie tyle nadziei i zobowiązań, że przekraczało to moje możliwości. W latach dzieciństwa i wczesnej młodości nie miałem specjalnego wyboru, bo robili to za mnie inni. Rodzice, zrobili ze mnie dziecko – pomnik, który pękł po jakimś czasie.
Natomiast później, kiedy usamodzielniłem się, zasada mierzenia zbyt wysoko, pozostała. Nie wiem , czy to wychodziło z nawyku, czy z przerostu moich ambicji, czy może z braku umiejętności odmawiania ale podejrzewam, iż było trochę jednego i drugiego. Dość, że prawie całe moje dorosłe życie zdeterminowane było chęcią zaspokojenia oczekiwań innych, swoich ambicji i wynikających z tego układów. Jak tylko sięgnę pamięcią – zawsze żyłem w sporym stresie, wynikającym z obawy o to, że coś się nie uda i stracę w oczach innych i swoich.
Stres jest zjawiskiem motywującym i pozytywnym, o ile jest krótkotrwały i jego poziom nie przewyższa możliwości człowieka. Inaczej związane z tym emocje (oraz brak umiejętności ich rozładowania) prowadzą do wielu zaburzeń w funkcjonowaniu psychiki. Taki stan jest pewnie również powodem powstawania różnego typu uzależnień. W moim przypadku, alkohol dawał mi te chwile wytchnienia. Oczywiście – mówię o tych czasach, kiedy to picie nie było u mnie problemem.
To co opisałem powyżej, dotarło do mnie jako jeden z efektów przemyśleń nad tym, co to oznacza być alkoholikiem i jakie konsekwencje powinno (!) to za sobą pociągać.
Będąc osobą świadomą swojego uzależnienia, nie mogłem sobie pozwolić na życie w dotychczasowych standardach. Tak więc, postanowiłem spuścić trochę z tonu – jeżeli chodzi o moje wymagania od życia i od samego siebie. Logiczną konsekwencją – chociaż niełatwą – było ustawienie siebie na prawidłowym miejscu w szeregu.
Jako osoba uzależniona, nie mogłem – jak to było do tej pory – zajmować się zawodowo, zarządzaniem innymi ludźmi. Nigdy się do tego nie nadawałem, że względu na fakt, że zawsze przejmowałem się za wszystkich i wszystko musiałem mieć pod kontrolą. A żyłem tak przez długie lata.
Postanowiłem znaleźć taką pracę, gdzie odpowiadam jedynie za siebie, gdzie układy są proste i czytelne, gdzie potrafię ogarnąć poziom obowiązków nałożonych na mnie bez wpadania w przerastające mnie stany emocjonalne. Mimo, że w widzeniu społecznym była to pewna degradacja, to zdecydowanie uspokoiło to moje dotychczasowe życie.
Dodatkowym plusem, którego musiałem się uczyć w mozole, była asertywność – czyli umiejętność odmawiania w momentach, gdy uważałem, że ktoś próbuje nałożyć na mnie coś, co mi nie pasuje lub powoduje inne, źle odczuwane, stany emocjonalne. Mądrze, nazywa się to asertywność. Nigdy nie umiałem się wywinąć z takich sytuacji – w sposób normalny. Jeżeli już, to kłamstwem, kombinacjami i całą tą okrężną drogą, która odbijała mi się później czkawką. Postanowiłem, w sposób spokojny lecz zdecydowany, powalczyć trochę o swoją przestrzeń oraz czas prywatny –  o ile ktoś miał zapędy mi to niszczyć.
Dla mnie, jako osoby uzależnionej – są to ważne kroki na drodze trzeźwienia. I były to następne, po uczciwości, konkretne działanie w kierunku świadomego alkoholizmu.