Mój profil na Facebook’u przeżywa zdecydowany kryzys.

Oczywiście, po trosze, jest to winą mojej starczej gnuśności i braku chęci na dzielenie się spektakularnymi zdarzeniami z mojego życia.
Inna sprawa, że w moim wieku, spektakularnym zdarzeniem może być (przykładowo) samodzielne oddanie moczu – poza łóżkiem.
No, i bez pomocy pielęgniarki.

Brak ciekawych akcentów osobistych do opisania, to jednak, jedynie część zgryzoty profilowej. Bowiem moi Znajomi z FB też jakby zapadli w lekki letarg umysłowy. Niektórzy, nawet w nielekki.

I tak, na wspólnej tablicy zaczynają dominować treści, które pogłębiają moją, i tak wyraźną, tendencję do wpadania w melancholię i klimaty około depresyjne. Jak to się będzie rozwijało, to biedna moja stara dupa.
Kiedyś, gdybym miał się powiesić to przed tym, przejrzę FB, żeby utrwalić się w przekonaniu, co do słuszności mojego kroku.
Będziecie współautorami mojego (ewentualnego) końca – drodzy Znajomi z FB.

No, bo jak tu inaczej trzymać pion psychiczny, skoro informacje, które płyną z tego medium, wprawiają mnie w smutek, czasami osłupienie, czasami złość (to jest jeszcze OK) a czasami mdło mi się robi – po prostu.

Prym ostatnio wiodą, wklejki rytu przykruchtowo-chrześcijańskiego.
Aniołki z modlitwami, zachęty do nawrócenia się na lepszy żywot lub wszelkie, inne emanacje bezmyślności w duchu, który generalnie można nazwać; „pomagamy panu bogu, bo bez nas nie ogarnie”.
Najciekawsze jest wklejanie modlitw.
Tak, jakby wklejenie paciorka miało jakikolwiek sens, poza tym, że jest to zwykła profanacja.
Tak, tak…

Paciorki (wasz dobry pan bóg lub ktoś, kto go reprezentuje) wykombinował po to, aby były formą skupienia i wyciszenia wewnętrznego, potrzebnego do spraw większych – przesłania. Wycieranie sobie tyłka modlitwami i wizerunkami około boskimi, jest klasycznym przejawem deprecjonowania własnej wiary lub (w najlepszym przypadku) głupoty i bezmyślności.
Biada chrześcijaństwu, jak to się rozlezie po świecie.

Innym, niemniej irytującym zjawiskiem jest wklejanie swoich fotek.
Nie chodzi mi tu o to, że ktoś czuje nieprzepartą chęć podzielenia się swoją fizys, z przyległościami.
To jest jeszcze OK.

(Chociaż i tu bywają narcystyczne wyjątki, które powodują, że nawet jeżeli wstawia się post o tematyce zupełnie nie związanej z daną osobą – fotka oczywiście jest autorki. Rzadziej – autora.
I to w pełnym rynsztunku kosmetyczno-tekstylno-mimicznym.
Czyli, piszemy o dupie Maryni a okraszamy to swoim wizerunkiem.)

Jednak, prawdziwy problem polega na tym, że zdjęcia eksponowane na FB mają przeważnie termin ważności sprzed kilku (kilkunastu) lat. Nie rozumiem, dlaczego nie pokazać tego, jak się wygląda faktycznie. Próżność też powinna mieć swoje granice.
Nawet ja je mam – ku własnemu zaskoczeniu.

A tak…
No, same laski z okładek pism kolorowych.
Część panów też tak ma.
A naprawdę…
Nieboszczycy wyjęci z albumów i szkatuł.
Nieboszczycy – bo tamte osoby już nie żyją.

No i te komentarze!

Szczególnie, panie słodzą paniom – strasznie.
Aż czasami mdło się robi.
Ale to jedynie po to, aby otrzymać (zwrotnie) równie optymistyczne akcenty, o ile się kiedyś wklei swoją fotkę.
Broń dowolny panie boże – aktualną!.

Towarzystwo wzajemnej adoracji, podrasowane niską samooceną i strachem przed tym, kim się jest (i jakim się jest) obecnie.

Jeżeli dodać do tego kopistów masowych mądrości (miarą człowieka jest liczba wklejonych, mądrych sentencji), fanatyków politycznych z zacięciem faszystowskim lub osoby z IQ poniżej 50 – robi się z tego papka dość miałka i mało zachęcająca do podejmowania wysiłku intelektualnego.

Ciąg dalszy (może) nastąpi…

P.S.
Zapomniałem o jeszcze jednej grupie.
Takie staruchy, jak ja.
Mruczące pod nosem coś niezrozumiale, szydzące ze wszystkich i wszystkiego.
Nieszczęście polega na tym, że część z nich potrafi pisać.
Niektórzy – nawet pomyśleć, przez chwilę.
Rzadziej – jedno i drugie naraz.
I tacy są najgorsi.