Jak u wszystkich, tak i u mnie, wcale nie zawsze jest tak fajnie. Mimo tego, że jestem „terapeutycznym betonem”, że jestem uważny i wyczulony na każde zagrożenie. Moja choroba ma to do siebie, że chyba zna  mnie lepiej niż ja sam siebie. I czasami to wykorzystuje.
Moja choroba wie, że jestem podatny na zmiany nastrojów i rozchwianie emocjonalne. Że tym można mnie przybliżyć do pierwszego kieliszka.
Wie, i to wykorzystuje….
Bywa oczywiście tak, że zmiany nastroju spowodowane są, u mnie, konkretnymi wydarzeniami życiowymi. To normalne. Wtedy mogę to sobie szybko włożyć do znanej szufladki – problemy i radości, do rozsądnego przeżycia. Łatwiej mi wtedy zapanować nad emocjami.
Wydarzenie i wynikające z niego emocje. To prosty schemat, który potrafię sobie wytłumaczyć. Jest mi wtedy lżej.
Ale zbyt to by było piękne, żeby dało się tak wszystko wytłumaczyć.
Czasami przychodzi „dół”, którego nijak nie potrafię przyporządkować do konkretnego wydarzenia. I to jest dość niebezpieczne. Szczególnie, gdy trwa to długo. Często wtedy, przychodzą mi do głowy różne dziwne i niedobre myśli. Nawet te alkoholowe. Jestem w tym momencie dużo bliżej do kolejnej katastrofy.
W przeszłości bywało, że tego typu stres był tak długotrwały, iż w końcu doprowadzał mnie do picia. W którymś momencie psychika siadała i szukała szybkiego wygłuszacza problemu. A co tu dużo mówić – jeden znam doskonale.
Dzisiaj (również dzięki terapii) jestem mądrzejszy. Dzisiaj wiem, że moja choroba robi wiele, żeby pokazać kto tu rządzi. Tak to już jest. I pewnie, nie tylko u mnie.
Ale mam teraz na to sposób.
Jak widzę, że zaczyna się ze mną coś dziać, coś co nie ma żadnego przełożenia na wydarzenia z mojego życia – włączam… intelektualizację problemu.
Jak? No, niby prosto. Chociaż, czasami trzeba trochę się pogimnastykować.
Staram się przeanalizować obecną (Tu i Teraz) sytuację, w jakiej się znajduję. Wszystkie plusy i minusy chwili obecnej. Nie jakieś „wczoraj” lub „jutro”. Teraz!
Warto wtedy zdać sobie sprawę z tego, że realnie to nic (!) tak naprawdę się nie dzieje złego.
Że to jedynie zmęczony organizm, pogoda, brak konkretnych zajęć czy też… choroba alkoholowa. Lub wszystko razem.
Warto wtedy zdać sobie sprawę z tego, że jako niepijący alkoholik, mam prawo mieć tego typu stany. Jest to część tego, co nazywa się „chore emocje” i co wykorzystuje mój mózg – przeciw mnie. Jeżeli zrobię to w spokoju i z pewnym rozmysłem – pomaga!
I jest to moje „koło ratunkowe” na te chwile, kiedy mam wszystkiego dość a emocje zaczynają brać górę.