Zachciało mi się dobroci w domu…
(zostań bohaterem w swoim domu i takie tam…)

Jako, że od jakiegoś czasu byłem natrętnie molestowany, przez moją Wierną (…) Małżonkę o to, aby zabudować balkon – pękłem w końcu jak stara, wysłużona prezerwatywa.
Przyszli ludzie – zabudowali. No, i git!

Dygresja:
Oczywiście, zabudowa balkonu nie ma służyć ludziom zgromadzonym pod adresem, ale kotu Aleksandrowi – żeby mógł sobie podziwiać dzielnię bez obawy o to, że się omsknie w otchłań. To tak, żeby było jasne.
Koniec dygresji.

Kolejnym stopniem wymuszania na mnie różnych, dziwnych spraw było…

– Kochanie, trzeba by coś od słońca…
Pewnie po to, żeby się kotkowi w dupce nie zagotowało – od żaru.

Kochanie poleciało do Lerłamerlena i zakupiło rolety – trzy.
Jako, że balkon ma 420 centymetrów – wziąłem dwie po metrze i jedną 220 centymetrów. Tak było opisane na opakowaniu – wymiary zewnętrzne.

Acha…
Wszystko grało, poza jednym.
Nikt nie przewidział, że są jeszcze zamocowania – dodane w komplecie. I wymiarów owych nie uwzględniono w opisie. Widocznie jest jeszcze wersja, że można je trzymać w rękach.
Tak więc, cały misterny plan poooszedł w pizdu – jakby powiedział kolega Siara – Siarzewski.

Ubrałem się i lecę reklamować.
Gość z działu wysłuchał mnie ze zrozumieniem. Miny przy tym robił takie, jakby spotkała go jakaś osobista tragedia. No, dość, że nie wpadliśmy sobie ze szlochem w objęcia. Na koniec doradził, aby powalczyć o swoje – w ramach reklamacji.
Odchodząc, miałem dziwne wrażenie, że facet ociera łzy współczucia.

Reklamacja udała się – po małej godzinie bo rejwach się taki zrobił jakbym chciał wymienić roletę na kałacha.

No, to wracam – cały dumny z tego, że zamieniłem tę 220 centymetrów na 200. Teraz już miało być z górki.

Jednak jestem naiwniakiem. Stary a głupi – z górki…
Ze srurki a nie z górki.

W celu zamocowania całej konstrukcji, zakupiłem klej, który to „…panie, on klei wszystko do wszystkiego i jest mocne, że o matko…”.

Rozłożyłem więc cały ten bajzel roletowy i mierzę, rysuję na suficie balkonu, kąty odmierzam, przyrządy różne używam…
Leonardo w najlepszych latach – wypisz, wymaluj.

Klej faktycznie łapał wszystko.
Papier, palce, plastiki różne com je miał na balkonie.
Wszystko, oprócz tego jednego plastiku, z którego zrobione są uchwyty rolet!

… MAĆ!!!

No, to zgrzytnąłem pieńkami – kolejny raz ubieram się i lecę do sklepu.
Tłumaczę, że w innym sklepie wpuszczono mnie w koperczaki, jak młodego. Pokazuję kawałek mocowania i proszę o klej.
Gość (poważnie tak jakoś) popatrzył, popukał palcem, obejrzał pod światło i wyciągnął z półki klej.

 No, po prostu – klej cudo.
„…konia można na tym powiesić…”
(skąd ja wezmę konia???)

Konia nie mam to biorę te uchwyty i smaruję klejem-cudo. Dwuskładnikowym.
Po dziesięciu minutach klej jest twardy jak stal! Serce mi rośnie na takie wyniki technologii XXI wieku.

Teraz test…
Odrywam go lekko palcami od uchwytu (!!!), wyrzucam do fajansu, sprzątam narzędzia różnorakie, chowam rolety za drzwi, zamiatam balkon – używając słów różnych i takich trochę gwałtownych…

Powinienem napisać, że jestem WKURWIONY, ale ponieważ to nie jest ładnie, napiszę jedynie, że jestem zły i zniechęcony. Osławiona chytrość rodzinna Donderów ogłosiła klapę.

Pewnie będzie trzeba przewiercić dziurki i zamocować wkrętami.

Wiertarki nie mam a po doświadczeniach z klejami, boję się kupić.
Z pewnością sprzedadzą mi taką, która będzie nadawała się do wielu przydatnych rzeczy.

Oprócz wiercenia!