Trochę mnie młodzi z jednego forum podpuścili…

Wypowiadali się na temat tego, czy warto aby społeczeństwo było „świadome” – w znaczeniu własnego określenia i wartości mogących poprawić duchową jakość życia.

Świadomość, jako twór, na który składa się cała masa składowych tkwiących w społeczeństwie, jest zjawiskiem na tyle himerycznym i niestabilnym, że w zasadzie mogę je jedynie uznać jako pewien mit – pokutujący dla poprawy ogólnego samopoczucia. Takie dyżurne koło ratunkowe dla prorządowych analityków i różnej maści „oceniaczy”.

Ponieważ jak często wychodzi na jaw – jest społeczeństwo a obok niego – ludzie.
I nijak to ma się do siebie.

Świadomość, jako czynnik, który by mógł, na poważnie, zaistnieć w kategoriach społecznych, jest zjawiskiem z góry postawionym na pozycji przegranej. Przyczyn jest ku temu wiele, jednak najpoważniejszą z nich jest to, że państwowość (jaka ona by nie była) nie ma w tym interesu.

Zachodzi nawet taka sytuacja, że dla państwowości wszelkie przejawy ruchów antystadnych – są szkodliwe!
Godzi to bowiem w jej podstawowe dążenie do standaryzacji ludzi składajacych się na to społeczeństwo.

Każda organizacja ludzka – od skali mikro do makro – ma w sobie zalążek „dyktatury większości”. I ta dyktatura określa pewne standardy. I to w każdym aspekcie życia członka stada. Nawet ta osławiona demokracja – uznawana za najlepszy z systemów – działa tym lepiej im podlegli obywatele bardziej przypominają jednakowe klocki.

Przykładem dążenia do tego modelu może być USA (lecz nie tylko), gdzie standaryzacja jest już niemal religią. Inni (w tym: nasi) żwawo podążaja w tym samym kierunku.

Takie „homogenizowane” społeczeństwo jest społeczeństwem łatwo sterowalnym, łatwym do przewidzenia i podatnym na syndrom „psów Pawłowa”. Zwieńczeniem demokracji będzie – moim zdaniem – orwelowski „Rok 1984” lub klimaty z tego zakresu. Jak się dobrze rozejrzeć – nie ma sie co oszukiwać. Infiltracja mózgów – a co za tym idzie – postaw i zachowań, kreowana jest przez  quasi-autorytety, publikatory, reklamy i inne „trendodajne” bodźce. Wystarczy się rozejrzeć i sprawdzić w swoim otoczeniu.

I tak to tytułowa świadomość, w skali społecznej, jest taka samą utopią jak „szklane domy”.
Siła złego na jednego.

W tym kontekscie, liczenie na to, że wykreuje się jakaś wartość na tyle silna i stała, aby przebić ten szum dokoła, jest z pewnościa postawą pozytywną lecz mogącą zaistnieć jedynie na kartach książek z gatunku fantastyki naukowej.

Cała nadzieja na to aby coś poprawić, to poprawić siebie.
Jednostkowo.

Nie dać się wsadzić w tę maszynkę do mielenia mózgów (państwowość), gdzie wrzuca się różnokolorowe i ciekawe formy a wyłazi z tego byle jaka masa o niokreślonym kolorze i smaku statystycznym dla składowych. Taki kotlet mielony – społeczny.

Owszem – od czasu do czasu trafiają się desperaci, którzy próbują tego i owego w celu zbiorowego podniesienia świadomości społeczeństw, ale jak historia uczy – albo sami padają w kolejne (niby inne) standaryzowanie mas, albo zostają dość egzotycznym kawałkiem historii.
Na jedno wychodzi – szkoda czasu i wysiłku.

Dodatkowym nieszczęściem jest ogólny trend, który charakteryzuje sie tym, że w każdym społeczeństwie jest mnóstwo tych, którzy by naprawiali innych.
A tych, którzy zaczną od siebie – jak na lekarstwo.

A myślę, że jest to jedyna – o ile wogóle – możliwa droga. Dać przykład. Może inni podłapią.
To chyba jedyny REALNY sposób na poruszony problem.

Chwilowo jednak – też niezwykle unikalny.
Niestety.