Wczoraj wieczorem przyroda pokazała co potrafi. Wymieszała ziemie z niebem, wodę z piachem – przecinając to wszystko warkoczami błyskawic. Zrobiło się ciemno. Wicher tworzył w powietrzu kompozycje z wody, błota, i gałęzi… Dawno nie widziałem takiej burzy. Po sąsiedzku zerwało dach i przeniosło go ze dwieście metrów, kładąc całą konstrukcję na żelaznym płocie, przy drodze. Drzewa porozrzucane, niczym monstrualne bierki. Pustaki z domu przeniesione – hen na pole…

W całej wsi ciemno. Światło zrobią po burzy…

Zawsze w taką pogodę przypomina mi się Mati. Mati to imię człowieka, którego poznałem wiele lat temu. Prosty człowiek ze wsi w Białostockiem. Z wyglądu – wieku nieokreślonego. Dopiero od miejscowych dowiedziałem się, że ma około 50-tki. Mati jest (a może już – był?) człowiekiem, który przeżył dwukrotnie uderzenie pioruna. Raz po razie, w odstępie kilku minut. Podczas burzy przechodził obok wielkiego drzewa, w które uderzył piorun. Mati był na tyle blisko pnia, że poraziła go część wyładowania. Wyładowania, które przecięło drzewo na pół – jak ostrze wielkiego noża. Mati upadł pod drzewem  i miejscowi, zgromadzeni na przystanku PKS wiedzieli już, że po nim… Nikt nie odważył się podejść, bo pioruny waliły co kilka sekund… Po kilku minutach następne uderzenie w drzewo i znowu Mati oparty częściowo o pień został porażony. I tu stała się rzecz, która wprawiła wszystkich w osłupienie, graniczące z nabożnym strachem. Mati wstał, otarł twarz z błota i… poszedł do wsi.

Nigdy już nie mieścił się w miejscowych normach. Nigdy już nie mieścił się w żadnych normach. Ludzie, z którymi chciałem porozmawiać na ten temat, wzruszali ramionami mówiąc, że on już jest nie ich, że on jest Człowiek Boży… Kontakt z nim był prawie żaden.

Zaciekawiło mnie to na tyle, że kiedyś podszedłem do Matiego, który siedział nad małą rzeczka, przepływającą obok wsi. Mati patrzał w wodę. Ubrany był w stare ciuchy. Ale czyste… Widocznie ktoś dbał o niego.

Przywitałem się po wsiowemu, chwaląc Boga i usiadłem na piasku – obok.

Mati spojrzał na mnie uważnie i nieznacznie pokiwał głową. Nic nie odpowiedział, tylko na powrót patrzył na wodę płynącą leniwie w słońcu.

– Jak zdrowie – zagaiłem, żeby jakoś zacząć.

Mati nic nie odpowiedział, tylko znowu lekko pokiwał głową, nie odrywając wzroku od wody. Faktycznie, był trochę mało komunikatywny.

– Słyszałem, że przeżyłeś uderzenie pioruna – zaryzykowałem prosto z mostu. Nie bardzo wiedziałem jak do niego podejść a rozmowa o pogodzie jakoś mi nie pasowała.

Mati pokiwał leciutko głową i niespodzianie mocnym głosem powiedział:

– Chcę z powrotem… Chcę z powrotem…

Drugi raz powtórzył to już cicho, jakby echem…

Nie zrobił przy tym ani jednego ruchu, ani jednego grymasu…

– Gdzie chcesz iść Mati? – zapytałem cicho i miękko. Nie chciałem go spłoszyć.

– Do Boga – odpowiedział – A ty… już sobie idź – dodał jakby z wahaniem.

No cóż… Wstałem i pożegnałem zostawiając go po wsiowemu z Bogiem.

Odszedłem ze trzy kroki, gdy usłyszałem jego głos:

– Też tam będziesz… Ale wrócisz… I już nigdy nie będziesz cały tutaj…  – odwróciłem się, ale Mati zaraz dodał z jakimś silnym akcentem, zmuszającym do posłuszeństwa:

– Idź już stąd… Idź…

Mati, w każda burzę wychodził na pole i z podniesionymi rękoma stał w deszczu.
Ludzie mówili, że czeka na piorun…

Nie rozumiałem tego, co do mnie wtedy powiedział Mati. Musiało minąć sporo czasu. Aż do lipca 1992 roku. Wtedy właśnie byłem TAM… Tak, jak powiedział Mati. Wróciłem i… jestem.

Ale czy cały…?
Kiedyś TAM wrócę…

Nigdy więcej już nie widziałem Matiego.