Są dwa rodzaje miłości.

Ta, która przychodzi z poznaniem – z czasem. Jest jak bukiet wina. Dojrzewa.
Jest też ta druga.
Miłość, która spada jak grom z jasnego nieba. Nie daje szans ani opamiętania.

Jaśka dotknęła ta druga.
Nagle – ni stąd, ni zowąd, Jaśkowi cały świat zmienił się w sekundzie.
Widział ją wiele razy i… nic.
A dzisiaj młode serce zaczęło bić szybciej.
Bardzo szybko…

Nie mógł uwolnić się od jej wspomnienia. Nawet chyba nie chciał.
Patrzył w chmury – widział jej kształty.
Patrzył w strumyk płynący opodal szałasu – widział jej oczy.
W szumie wiatru – słyszał jej głos…

Męczył się chłopaczyna cały dzień. Trochę się wstydził swoich uczuć przed pozostałymi. Był młody i delikatny. W końcu jednak uczucie zwycięża. Tak też stało się tym razem.

Wieczorem poszedł na łąkę.
W świetle zachodzącego słońca nazbierał piękny bukiet kwiatów. Starannie i z uczuciem dobierał każdy kwiatek. Zadowolony z efektów swojej pracy, udał się na skraj polany, gdzie codziennie stała wieczorami ona…

Podszedł do niej powoli, lekko rumieniąc się z emocji i młodzieńczej żądzy.
Ona odwróciła swoją wspaniałą głowę w jego kierunku.
Nie padł nawet najmniejszy dźwięk. Stali tak chwilę wpatrzeni w siebie. Jasiek zdecydował się w końcu i zza pleców wysunął wspaniały bukiet. Wyciągnął w jej kierunku…

Ona lekko przymrużając oczy podeszła bliziutko Jaśka.
Chłopcu serce biło jak oszalałe. Teraz lub nigdy!
Czekał na jej reakcję.
Powąchała bukiet i wpierw powoli, potem coraz zachłanniej zjadła go do ostatniego listka. Jasiek odetchnął z ulgą.
Powolutku, delikatnie pokierował ją w kierunku zarośli opodal…

Reszta przyglądała się tej scenie z dużego oddalenia.

– Ale, ze se wybroł takom łowiecke, z małemi cyckami – baca ze dziwieniem pokręcił głową.

Pozostali stali w zadumie…

Mijał trzeci miesiąc wypasu owiec.

Z dala od ludzi…