Na moje upodlenie, Jacek (starszy Zięć mój kochany) dał mi swojego laptopa. Nie w prezencie, nie…
Dał mi po to, aby coś z nim zrobić, bo się zawiasy (same!) wyłamały. No, i jest obecnie sytuacja taka, że jak się otwiera urządzenie to się to wszystko wykrzywia, marszczy, skrzypi i grozi rozpadem kompletnym.

OK – człowiek prosi, trzeba pomóc.

Jako, że pobliski serwis (po oględzinach) ogłosił upadłość intelektualno-techniczną, wyszło na mnie. Znaczy to po prostu, że legendarna chytrość Donderów ma załatwić ten problem. Konkretnie, ma załatwić mną – jako jedynym, „elektro-elektroniczno-technicznym” przedstawicielem familii.

Postawiłem na technologię kosmiczną, reprezentowaną przez tubkę z napisem Super Glue. Stara zasada mówi, że jak się nie da skręcić, zespawać czy zgrzać, to trzeba skleić. Lub wyrzucić.

Wcześniej, z przykrością musiałem pogodzić się z tym, że srebrna taśma klejąca nie da się zastosować – mimo, iż uchodzi za panaceum na wszelkie troski techniczne, wraz z zaciskami plastikowymi – tak zwane; „trytki”.
Teoria nie nadążyła za praktyką – niestety.
Stąd ten pomysł alternatywny.

Tak więc, zacząłem od ucięcia tego dziubka, którym klej ma się wydostawać z tubki. I tu spotkała mnie pierwsza niespodzianka. Trochę mi się wydostało na palce. Oczywiście, nożyczki zaraz z tego skorzystały i przywarły mi do dłoni. Jakoś tak dość nachalnie.
Nic to!
Po małej szarpaninie, uwolniłem się od nich, zostawiając imponujący płat naskórka. Czasami straty muszą być. Nie zraziłem się jednak. Postanowiłem być twardzielem.

Jak wiadomo, kleje tego typu, tym mocniej trzymają, im mocniej się dociśnie kawałki klejone. Tak więc, jedną ręką dociskałem (kciuk + środkowy) a drugą sięgnąłem po szklankę z coca colą aby się nagrodzić za wkładany trud.

W związku z tym, że (jak się nagle okazało) palce drugiej ręki (tej od coca coli) miałem również ufajdane klejem – szklanka przyrosła mi na amen.
Nie pomogły potrząsania. Trzeba było zatrudnić nogi. Pustą już szklankę włożyłem między kolana i…
Dokleiłem do tego dres!
No, nie cały – oczywiście. Bez histerii. Jedynie spodnie.
Ale szklanka puściła. Oczywiście, z kolejnymi fragmentami moich linii papilarnych.

Sukcesem jednak było to, że cały czas, konsekwentnie ściskałem palcami sklejany komputer. Mimo zakłóceń – nie puściłem. Nie puściłem nawet po ustaniu zakłóceń szklankowo-dresowych.
Mało tego – nie puściłem wcale.

Jak się bowiem okazało, na laptopa dałem ciut za wiele tego diabelskiego wynalazku (cholerny klej!) i tworzyliśmy teraz dość barwną konstrukcję. Człowiek plus komputer. Znaczy – cyborg.
Marzenie cybernetyków.
Ale nie moje!

Palce przykleiły mi się dość dokładnie. Nawet, za dokładnie – jak na moje potrzeby.
Zgryzota mnie ogarnęła i trwoga.
Przecież nie oddam Zięciowi kompa z dwoma palcami. Szczególnie, że jeden z nich ważny jest z w relacjach międzyludzkich. Dokładniej; damsko-męskich!
Kciuk to mógłbym sobię jeszcze darować, ale środkowy prawej ręki?
Nigdy!
Chociażby ze względów sentymentalnych.

I tak ( małym nożem), powolutku odkrawałem palce od laptopa.
Dobrze, że to nie noga, bo pewnie musiałbym pójść w wariant z „Chłopów”, gdzie Fijewski odejmuje sobie nogę siekierą.

W sumie tanio wyszło.
Skrobanie szklanki, spodnie nie do odratowania, ale były już takie, lekko starszawe.
No, i hektar naskórka wraz z liniami papilarnymi (jak to wykorzystać?) poszedł do kibelka.

Na osłodę, już po usunięciu skutków moich kombinacji, okazało się, że klej wcale nie złapał obudowy laptopa.

K..wa jego w mordę posklejana mać!!!