W zasadzie jestem bardzo przyjaźnie nastawiony do przyrody i wszelkich jej manifestacji – ożywionych lub nie. Tym niemniej zdarzył mi się dzisiaj przypadek, którego powinienem się wstydzić. Próbowałem zabić muchę. Nie zabiłem ale…

Gdzieś około 4.30 rano posłyszałem przez sen warkot bliżej nieokreślony. W pierwszym odruchu zdało mi się, że śnię jakiś batalistyczny sen i jest to dźwięk… ni to motoru, ni to innej machiny ogólnie przeznaczonej do regulacji liczebności populacji. Równocześnie coś mnie atakowało w głowę, policzek czy ramie. Po kolei i natarczywie. Otwarłem zaropiałe gały. Dźwięk brzmiał dalej… Jako, że o tej godzinie jest już jasno, zobaczyłem muchę, wielkości niedużego samolotu sportowego. Wydaje mi się, że Japończycy za wojny latali na mniejszych. Kolorek mucha miała dość agresywny – taka czerń przechodząca w fiolecik. Generalnie sprawiała wrażenie poważnie opancerzonej i mało przyjaznej dla moich wystających części ciała. Zgrzytnąłem pieńkami, bo wcale mi się ta pobudka nie podobała. Wyczekałem moment i… dżebnąłem ją otwartą dłonią. Mucha odbiła się od ściany i spadła za telewizor. Ja sprawdziłem czy mi siniak nie zostanie po zderzeniu z tym potworem i położyłem się z powrotem. Za kilka chwil, w okolicy telewizora usłyszałem próbę silników. Takie przerywane, basowe buczenie. Olałem… Ale nie na długo. Za moment mucha atakowała zawzięcie moje ramie. Orzesz ty stara …rwo – zawyłem i ponownie wyczekawszy moment trzasnąłem ją z całej siły, narażając się na połamanie kości dłoni. Tym razem mój strzał był mistrzowski. Mucha walnęła o podłogę tak, że aż echo poszło. Glebnęła na plecy, z rozrzuconymi skrzydłami i nogami skurczonymi przez agonię. Ja ukontentowany padłem na podusię… Naiwniak! Nie wiem czy minęło 5 minut. Ta cholera latała nade mną w najlepsze! Oszczędzę wypisywania słów, które wypowiedziałem, bo mi bloga skasują. Zerwałem się z łóżka. Mucha widocznie uczy się na własnych błędach, bo odfrunęła dalej, poza zasięg rażenia. Wstałem z wyra nieprzytomny i zacząłem śledzić tego bio – messerschmitta. Lazłem za nią – aż dopadłem. Tym razem włożyłem całą silę i… trach!!!

Stuknęła w szybę tak,  że aż zabrzęczało. Spadła na podłogę. Ponieważ była za duża to jej nie zdepnąłem, bo bym zafajdał pół pokoju. Wziąłem ją na plecy (no… prawie) i wyniosłem do przedpokoju.

No i teraz zasłużone lulu…

Jasne… srulu a nie lulu. Ponieważ zasnąłem, nie wiem ile jej zabrało czasu oprzytomnienie, poskładanie wszystkich nóg, skrzydeł i reszty ekwipunku. Jak samica, to pewnie jeszcze makijaż – jak znam życie…

Kolejny nalot przyjąłem z pewnym podziwem i szacunkiem dla mojej dręczycielki. Wystawiłem nogę i… po pewnym czasie mucha z satysfakcją wylądowała na niej. Połaziła,  pokombinowała jakby robiła pomiary pod lotnisko. Bałem się, że jak mi strzeli kupę, to będę musiał zbierać szufelką. Ale nie… Podrapała się pod pachami (No właśnie – co ma mucha pod skrzydłami…?) i poleciała sobie do przedpokoju.

Wylazłem z łóżka. Otwarłem drzwi na zewnątrz i powoli, ostrożnie skierowałem muchę na dwór…

Jak przeżyła tyle – znaczy, że ma żyć… Taka jej karma – widocznie. Może w poprzednim wcieleniu była tak zwaną pracującą i dzieciatą gospodynią domową?

To by tłumaczyło odporność na ciosy i wszelką próbę eksterminacji…