Szkieletor – kochana moja starsza Córcia, która jest wktórymśtammiesiącu ciąży, zaskoczyła mnie delikatnością obywatelską i dobrym wychowaniem, którego nie wiedzieć skąd nabrała. Stojąc na przystanku autobusowym (skąd u Niej upodobanie do takich gminnych rozrywek?)  upuściła niechcący gazów organicznych, nagromadzonych weń z racji niestandardowego trawienia ciążowego. Gwoli ścisłości faktograficznej, muszę dodać, że upuściła tych gazów tą mniej krępującą stroną swojej okrągłej osoby – górą. Mówiąc pospolicie, beknęła sobie jak jaki dobrze wychowany Chińczyk po obiadku. I to na tyle głośno się biedaczce udało, że publiczność oczekująca (w sile kilkunastu amatorów byłego MZK) popatrzyła na Nią z zainteresowaniem.
Chińczyków nie było, więc Córuchna poczuła się towarzysko skrępowana i lekko wyalienowana jakoś – nie wiedzieć czemu…
Zakręciła torebuszką i… polazła do domu PIESZO!!!

Słuchając tej traumatycznej opowieści omal nie udusiłem się ze śmiechu, który trzeba było stłumić w sobie aby nie szkodzić potomkowi zagnieżdżonemu w jej środku. Podobno należy uważać na humory ciężarnej, bo to jakoś wpływa. Uważałem!

Piszę tę notkę ze względu na wspominki okupacyjne wywołane ogólnie podniosłą atmosferą w stadzie. Wspominki, które zawsze mi się nasuwają gdy usłyszę podobny odgłos do tego, którym straszył współobywateli mój kochany Szkieletor – oralnie.

Wprawdzie okupacja ta była taka trochę dziwna i w zasadzie nie wiadomo kto kogo okupował ale Stan Wojenny to się nazywało i dla znakomitej większości narodu kojarzyło się jedynie z tym, że gorzały było mniej i do chaty trzeba było wracać przed 22-gą. No, może jedynie bracia Kaczyńscy, jako bojownicy o IV RP spiskowali, utrudniali i knuli przeciw. Reszta się nie liczy, bo jak ostatnio wyraził się jeden z nich (zabijcie – nie wiem który, bo nie rozróżniam):
– Społeczeństwo III RP nie wykazało się patriotyzmem.
Wprawdzie spiskowanie, utrudnianie i knucie pozostało Kaczyńskim do dzisiaj ale ciężko widocznie oduczyć się być wiecznym opozycjonistą. Nawet jeżeli się stoi na czele własnych (par excellence) władz.
Ale wracając do wypadków – nie patriotycznych…

Jako jeden z wielu brałem udział w Święcie 3-go maja, w roku 1982.
Nie żebym tam zaraz był jakiś taki strasznie przekonany czy też dupa mnie swędziała i potrzebowałem szturmówki milicyjnej do jej podrapania – nie. Po prostu wtedy wypadało bywać na tego typu zgromadzeniach. Mnie szczególnie, bo zajmowałem się (wtedy jeszcze) Solidarnością na poważnie. Przeszło mi później, jak mi łuski z oczu spadły dzięki (między innymi) takim jak Wasi Wielcy Bracia. A więc jak rzekłem – mus to mus.
Stan wojenny nie sprzyjał uciechom tego typu, więc pożegnałem się d o k ł a d n i e  z moją (zawsze) młodą Wierną (…) Małżonką i bojowo nastawiony kontra Wojciechowi J. (nazwisko znane prokuraturze – ksywa: Spawacz), z zakazanym znaczkiem w klapie i wywrotowymi myślami, udałem się na miejsce wypadków. Miejscem zgromadzenia mojej ulubionej (taka przenośnia literacka) firmy był Nowy Świat.
Tak dla sprawiedliwości ludowej to zbierali się przeważnie ci do 25-go roku życia. Ci starsi i ci na urzędach, jakoś akurat bywali chorzy lub chowali (ależ zbieg okoliczności) kolejną ciotkę. Co nie oznacza, że zawsze – nie. Jak trzeba było popyskować w zaciszu i bez ryzyka – zawsze można było na nich liczyć.
I żeby nie było wątpliwości. Zawsze młodzi są mięsem armatnim dla starych cwaniaków, którzy podszczuwają, znikają i potem nadstawiają klaty do odznaczeń. Jest to tradycja stara jak kurestwo. I do dzisiaj ma się dobrze.

No ale do rzeczy Piotrusiu – stara pierdoło, bo nie skończysz przed północą.
Jak się „bawiliśmy” nie będę zanudzał. Mnie załatwił gaz, który wpełzł w żywopłot, który był moją chwilową kryjówką. Na ulicy Świętojerskiej. Zasmarkany do pasa, ślepy…
No, jeszcze mi laski i psa przewodnika brakowało. Dość, że pod koniec „imprezki”, wraz z kilkudziesięcioma innymi  znaleźliśmy serdeczną gościnę komendy milicji w Pałacu Mostowskich.

Wywoływali nas po kolei – 5 pał na dupę oraz Kolegium d/s Wykroczeń. Taki standard wychowawczy na miarę czasów.  Nie żebym miał o to pretensje – nie.
Jak się poszło, to należało się liczyć z różnymi konsekwencjami.
Ale dupy mi było trochę szkoda. Nigdy nie była zbyt wypasiona i zastanawiałem się obgryzając manicure, jak te kości poukładać żeby mniej iskry leciały. Z dala słychać krzyki innych, pobierających nauki pałką szturmową. A tu jedni się modlą inni beczą…
Generalnie, jak na Pawiaku w czasach prosperity.
Koleś w niebieskiej koszuli z pałą w ręku wszedł kolejny raz i wyciągając następnego – beknął przeciągle.
Jako, że zawsze miałem szybsze gadane niż myślane – uprzejmie powiedziałem: Na zdrowie!
Osiłek odwrócił się i popatrzył na mnie rybim oczkiem. Takim, które nie pozostawiało wątpliwości co do specjalizacji w milicji. Einstein to on nie był – słowo!
Dupa mi się skurczyła do rozmiarów naparstka. Jak komuś się wydaje, że trzeba być bohaterem w takiej sytuacji, to znaczy, że ja jestem z innej piaskownicy. Stałem jak zahipnotyzowany. Teraz to się dopiero wystraszyłem!
Ale, za późno…
Przedstawiciel „bijącego serca partii” patrzył na mnie z 5 sekund. Potem puścił tego co był „w kolejce” i pokiwał palcem na mnie.

A właśnie, że się nie zesrałem!!! A co!

Poprowadził mnie do pokoju obok. Zapytał o nazwisko. Po chwili przyniósł mi dowód osobisty i dołączył do grupy tych, którzy już zostali oprawieni.
Odchodząc powiedział:
– Dziękuje – i uśmiechnął się ponuro.
Do dzisiaj nie wiem co to było. Ale beknięcie już zawsze będzie wpisane w mój młodzieńczy patriotyzm.
Czy jak to nazwać.
Grunt, że mi też wyszło na zdrowie.