Zdecydowałem się na poszukanie sobie prostej lecz zajmującej pracy. Takiej, żeby nie trzeba było za nikogo odpowiadać, żeby odrobić swoje godziny i mieć święty spokój. Żeby jedyną osobą, za którą biorę odpowiedzialność – byłbym JA. Bez żadnych „prezesów”, „dyrektorów” czy „kierowników” przed nazwiskiem. Po prostu praca. Bez całego tego wirtualnego zamieszania, bez tych „ogonów” ciągnących się z racji spraw i dążeń do szczytów.

Zmęczyło mnie dotychczasowe życie tak samo jak zmęczyło mnie już „nicnierobienie”.

Na szefa, prezesa i tego typu pierdoły nie nadawałem się chyba nigdy. Nie ten charakter. Nie żebym uważał się za lepszego czy gorszego. Nie…

Chodzi po prostu o to, że nie każdy musi się nadawać do wszystkiego. Ja przez kilkanaście lat zmuszony byłem przez własną pogoń za rzeczami, do zajmowania się tym, czego nie lubię. Bo nie lubię rządzić innymi. No… może nie do końca. Nie lubię Skutecznie rządzić innymi. A w mojej historii skutecznie udawało mi się jedynie wtedy, gdy wbrew sobie musiałem być tyranem, batem i katem – w jednej osobie. Czasy, w których szefowałem innym „po dobroci”, nie wychodziły najlepiej. Większość ludzi uważa, że jak jestem uśmiechnięty, miły i traktuję ludzi jak ludzi – to oznacza, że można zaczynać olewać robotę, firmę, mnie i wszystkie obowiązki. A niestety ten typ ma tak, że może się na krótko zmusić do działań wbrew swojej psychice – ale go to boli i daje poczucie bycia jakimś wieprzem żerującym na strachu innych.

Zawsze wiedziałem, że jestem dobrym wykonawcą a marnym szefem. Zawsze dobrze działo się jak miałem jeszcze kogoś nad sobą. Jako instancja najwyższa i ostateczna, w firmie – jestem niezbyt na swoim miejscu.

Mając za sobą kilkanaście lat prezesowania i dyrektorowania, doszedłem do ciekawego wniosku. Mianowicie tęsknię za tym aby to ktoś mi polecał pracę, aby to ktoś mnie nadzorował. Dziwnie to pewnie brzmi. Nie ma w tym nic z „masochizmu pracowniczego”. Raczej chodzi mi o pozbycie się odpowiedzialności za cokolwiek ponad swoje obowiązki, zamykające się w godzinach pracy. Mam wielu znajomych (w tym moich pracowników), którzy kończą swoje „godziny” i… mają wszystko w dupie.

I powiem szczerze: MAJĄ RACJĘ!!!

Nie ma takiego wynagrodzenia, takich rzeczy czy zaszczytów, które warte są wyprzedania nerwów, uczuć czy tych kawałków, które nazywamy „człowieczeństwem”. A tak się chyba zawsze dzieje, kiedy robi się to, do czego nie jest się stworzonym.

Pewnie kiedyś już to pisałem, ale powtórzę.

W pracy płacą (alternatywnie) za:

– pracę fizyczną

– pracę umysłową

– nerwy

– utratę siebie

Oczywiście, nigdy nie jest tak, że da się do końca podlegać jedynie jednej z tych opcji. Przeważnie są pomieszane. Lecz zawsze któraś jest tą dominującą. Niektórzy mają takie szczęście (?), że płacą im za opieprzanie się, ale ja nie miałem takich sytuacji. Mnie dotknęło chyba to, czego nikt sobie nie życzy. Nikt sobie nie życzy a jednak większość drapie się tam wszelkimi sposobami. Mi życie płaciło za pracę umysłową, nerwy i utratę siebie… I to jest wariant bardzo zły. Zły i dodatkowo bardzo podstępny, bo skradający się po cichutku, małymi kroczkami. Tak aby w momencie jak się człowiek spostrzeże, że jest w zupełnie innym kosmosie niż ten, do którego jest stworzony – jest już za późno na łatwe wycofanie się…

Obrośnięty ambicjami, tytułami, rzeczami czy władzą – nie wyobraża sobie innego życia. A nawet jeżeli do niego tęskni… nic z tego nie wynika. Świat jest chyba właśnie dlatego taki a nie inny, że większość ludzi robi to co musi a nie to, do czego są stworzeni psychicznie, fizycznie, umysłowo czy jak to jeszcze nazwać.

Dzisiaj, po kilkunastu latach takiej wyżymaczki, mogę powiedzieć, że jestem emocjonalnym i psychicznym kaleką. Jak ktoś jest owcą to nie zmuszajcie jej do latania. Jak ktoś jest rybą – niech po prostu pływa. Ja przez długi czas byłem koniem pociągowym, któremu założono siodło, wystawiano na tory wyścigowe i kazano za wszelką cenę wygrywać. A przecież bliżej mi chyba do kieratu niż do wyścigów…

Ale to się wie dopiero po latach tych wyścigów. Po latach, kiedy to widzisz, że utrzymanie się w stawce kosztuje cię dziesięć razy więcej nerwów, psychicznych jatek i wojen ze sobą – niż tych obok ciebie. Oni mają po prosu taką konstrukcję, że potrafią lekko robić to, do czego ty się zmuszasz…
I nie ma to nic wspólnego z inteligencją. To po prostu cechy osobowe, wychowanie czy wreszcie hamulce moralne. Każdy ma jakieś. I każdy przeważnie inne.

A co, jeśli ktoś chce mieć czas na rodzinę, kulturę i siebie? Może trochę późno, bo mam już tego szamba za sobą kilkanaście latek…

A może właśnie dopiero teraz jest na to czas. Może trzeba zaznać wojny, żeby docenić pokój?

Pisze to wszystko szczerze – tak jak myślę. Bez ozdobników i jakiejś ściemy z półki „dla ambitnych”. A mimo wszystko dziwnie mi z tym…

I wcale nie powiem, że dobrze.