padok

 

I co tu mądrego, o sobie, napisać…

 

Ja, to wychowałem się jeszcze w tych czasach, kiedy to, jak ktoś się urodził chłopczykiem to już nim był. I nie było żadne „ale…”. Siurek zobowiązywał. O zmianie płci to się wtedy jeszcze nie śniło. I dobrze. Przynajmniej z mojego punktu widzenia. Mama chciała podobno dziewczynkę, więc różnie by to się mogło potoczyć. A tak; i dusza i jej fizyczne odwzorowanie zgodnie z zamierzeniami natury.

 

Za mojej młodości, po dobre jajka jeździło się na wieś a żółtko było pomarańczowe. Obecnie, żółtko jest bladożółte i niesmaczne a i tak rolnicy gremialnie jeżdżą po nie do miasta. Przeciętny kogut (lub kura) miał zagwarantowany kontakt z przyrodą, toteż rosół smakował jak rosół a nie jak cienki wywar z włoszczyzny. Do dziś, błąka mi się po kubkach smakowych ten smak…

Dziewczyny też były jakieś takie… mniej transparentne. Może to moda a może wychowanie przez rodziców (tak, tak!) powodowało, że te najciekawsze kawałki były dość trudno dostępne dla przeciętnego amatora. Co dawało pewien klimat do późnej małoletności. Obecnie, pewnie nie dalej, niż końca (pożal się dowolny panie boże) szkoły podstawowej.  Oczywiście, tu też były wyjątki i u nas na podwórku (przykładowo) bywała jedna taka Luśkaktórapokazywała. Ale to były nieliczne wyjątki. Z tym, że na ówczesne pojmowanie – wcale nie takie nieprzyjemne.

Szkoła, oprócz nauczania, pełniła dodatkowo rolę wychowawczą. Połączonymi siłami belfrów i rodziny, kształtowało się młode na wzór ojców i lektur z języka polskiego. Lektury wtedy były bardzo zaangażowane, skrzące szlachetnością i sprawami honorowymi. W związku z tym (przeważnie) wychowywano idiotów społecznych, którzy musieli dość szybko poznać prozę życia, żeby nie trafić do czubków lub nie zostać kolejnymi Kubami Rozpruwaczami – że tak ograniczę się do płci, którą (jeszcze) reprezentuję.

Dzieci, generalnie się bijało. Różnie – w zależności od stopnia przewinienia i indywidualnych predyspozycji bijącego. Taka wtedy była obowiązująca linia wychowawcza i siniaki na dupie (na lekcji WF) nie były ani żadną dziwotą ani powodem do wstydu. Ja dostawałem lanie (średnio) raz na tydzień, bo dzieckiem byłem jednak dość grzecznym. No, do pewnego czasu.

Religia była na cenzurowanym, bo socjalistyczne władze stawiały na materializm dialektyczny. I to były dobre czasy dla kościoła. Kościół dbał o owieczki, był przyjazny i bardziej, taki empatyczny. Polityką to się księża nie zajmowali a jedynie zbawieniem duszy swoich podopiecznych – których zresztą, było wtedy więcej niż dzisiaj. Przynajmniej optycznie. Później nastał niejaki Wałęsa i wszystko popsuł.

Życie polityczne było dość proste. Kochaliśmy (jako stado) ZSRR, Kubę i socjalistycznych Wietnamczyków a rogi wystawialiśmy przeciw temu obrzydliwemu USA czy niejakiemu Adenauerowi, z jego gnijącym RFN. Wiadomo było, kto wróg kto przyjaciel. I kolorystyka tego, była bardzo wyraźna. Jeżeli byli jacyś dysydenci, to się raczej o nich nie słyszało. Aparat był widocznie sprawniejszy od obecnego. Zresztą, dzisiaj nawet nie bardzo jest jak zostać dysydentem.

(…)

Jestem, w pewnym sensie, narcyzem. W pewnym sensie, ponieważ matka natura nie obdarzyła mnie figurą greckiego herosa a za to dała urodę dość skomplikowaną. W związku z tym, mój narcyzm rozwinął się w kierunku intelektualnym. O ile narcyzm związany z fizycznością jest jeszcze tolerowany przez ludność, o tyle intelektualny – zupełnie nie. Bycie intelektualistą, jest dzisiaj rozumiane jako dość poważny, towarzyski nietakt.

I tak siedzę na, z góry przegranych, pozycjach – w samotności i zaduchu własnych myśli. Myśli, którymi rzadko się dzielę – na poważnie. Bo i nie ma się co wygłupiać, skoro i tak ugrzęzną (przeważnie) w ludzkim lenistwie i wynikającym z niego niedowładzie umysłowym. I nie jestem pełen nadziei, że ten stan się zmieni na lepsze. Fakty na to nie wskazują. Idzie raczej na gorsze…

Posiadam bardzo rozległą wiedzę, choć przyznam, że miejscami jest ona płytka. Można ze mną porozmawiać (w zasadzie) o wszystkim. Oczywiście, nie staję do tytułu „alfy i omegi” ale na poziomie przeciętnego przeżuwacza sraczki medialnej – nie jest źle. Cieszy mnie to, ponieważ jest to jedna z tych rzeczy, których nikt mi nie może odebrać. No, może jedynie kolega Alzheimer…

Mimo to, jestem pogodny. Jest to pogoda wynikająca z faktu pogodzenia się z pewnymi faktami i brakiem oczekiwań na sprawy miłe acz niezbyt realne. Jest to taka pogoda ducha, jaką prezentują osobniki pogodzone z przeciwnościami i, w związku z tym, nie muszące się obawiać, że może być dużo gorzej.

Nie oznacza to, że wyrzekłem się swoich, cichych marzeń. Zmieniło się jedynie to, że są one możliwe do realizacji. A przynajmniej mam taką nadzieję. Oczywiście, może się okazać, że i nadzieja okaże się bytem iluzorycznym i utopijnym. Tym niemniej pozostawiam sobie ten kawałek komfortu psychicznego. Coś, to ja też muszę mieć! Takie podkolorowanie rzeczywistości.

Nie lubię chamów, ludzi krzykliwych i (tak zwanych) przyzwoitych kobiet. Te ostatnie brzydzą mnie szczególnie, jak każde zakłamanie i wynikające z tego implikacje. Poza tym – niewielki z nich pożytek. Jako, że sam nie jestem przyzwoity (a z wiekiem – tym bardziej), cenię sobie szczerość – również w tej sferze, która dotyka mnie jeszcze, choć nie wiadomo jak długo. Ale póki co…

Jestem zdrowy jak młody koń, co biorąc pod uwagę mój wiek (rocznik 1954), jest bardzo pocieszające. Mam zamiar pobić rekord mojego pradziadka, który pożył sobie 107 lat. Tak więc, niech spadkobiercy uzbroją się w cierpliwość. Kiedyś – na pewno…

Mówiąc o zdrowiu, mam na myśli to fizyczne, bo z psychicznym jest pewnie różnie. Jako niepijący alkoholik, mogę mieć podstawy do takich domniemywań. Ale wolę nie dociekać zbyt dokładnie…

Kiedyś śmiało zainwestowałem w swoją kochaną, Wierną (…) Małżonkę, materiałem genetycznym. Mam, w związku z tym Rodzinę, która jest dla mnie dość sporą radością. Kocham ich wszystkich, co daje mi budujące poczucie, że nie jestem aż taki cyniczny i bezduszny, jak mi się kiedyś wydawało. Mam nadzieję, że oni też darzą mnie podobnymi uczuciami. Będzie komu przymknąć mi powieki, jak już wyloguję się na dobre.

Od, ponad 30-tu lat, zajmuję się pracą z Energią. Z różnymi skutkami. Raz wychodzi lepiej, raz gorzej. Ale warto, ponieważ jest to zupełnie nowy świat. Świat interesujący i ekscytujący. Dodatkowo, można sobie (czasami innym) pomóc w życiu. Jest to jeden z tych nielicznych obszarów, gdzie mam wiele pokory i szacunku dla zjawisk, z którymi obcuję.

Wierzę w boga (Energię), ale jestem zdeklarowanym bezwyznaniowcem, ponieważ uważam, że wszelkie pośrednictwo w korelacji człowiek – bóg jest szkodliwe, gdyż osłabia energetyczną wartość kontaktów. Sam staram się budować (niełatwe) układy z moim bogiem. Tym niemniej, nie walczę z żadną religią. Każda jest dobra, o ile potrafi się prawidłowo w niej egzystować. A to niestety rzadkość.

Pewne próby okazania mojego widzenia tego zagadnienia, postaram się kiedyś opisać, w miarę prosto, choć z małą nadzieją na to, że komuś będzie się chciało zrobić cokolwiek. Większość ludzi jest tak głęboko umocowana w swoich poglądach, że wszelkie próby pokazania ich w innym świetle, przeważnie nic (lub bardzo niewiele) dają. A szkoda…

Generalnie:
Stare pierdoły gadają do siebie. Ja piszę.

(nie jest wykluczone, że cdn…)

MOTTO:
Rzeczy psują się po cichu.