(krótko, ale dzisiaj tak mam)
………………………………………..

Mimo wszystko, są takie chwile, że warto żyć.
Nawet, jeżeli ci to życie, codziennie, dokłada do dupy.

Nawet, jeżeli są to (jedynie) chwile – warto na nie czekać.
Chwile radości, wzruszenia czy też objawienia rzeczy prostych – takimi, jakie one są.

Rzeczy pozbawionych całego, tego doświadczenia życiowego, które to jedynie gmatwa i zaciemnia.
Objawienia podobnego temu, którym się zachłystujesz, patrząc na coś pięknego – po raz pierwszy. Wtedy, gdy nie jest to jeszcze zaszufladkowane, pomieszane z czym innym i jest jeszcze czyste – pierwotne.

Czasami bywa, że nawet rzeczy (na pozór) znane i oczywiste, stają nagle w nowym świetle – pod nowym kątem.

I nagle…
Zachwycisz się kwiatem, którego oglądałeś już setki razy; zobaczysz go takim, jakim jest a nie takim, jakim ci go pokazuje jedna z milionów szufladek – w mózgu. Zadziwisz się czymś (z pozoru) oczywistym, tym zadziwieniem dziecka, które poznaje świat, wokół siebie.

I nic, że masz kilkadziesiąt lat – nie jest to ważne. To się zdarza każdemu, kto akurat miał na tyle wolnej energii, że jego percepcja uciekła od schematu. Że (na chwilę) zobaczysz prawdziwe oblicze spraw a nie jedynie, jakiś zmęczony życiem powidok rzeczywistości. Powidok, który serwuje nam mózg – na co dzień.

Na ten, jeden moment, zostaniesz odkrywcą i eksplorerem świata. Wielkiego i pięknego świata – mimo, że jest on tuż.
I nie jest ważne, czy to był kwiat, Chopin, Guns’n’Roses czy Picasso. Ważne, że zobaczyłeś, poczułeś tę świeżość i ekspresję rzeczy oddzielnej (czystej) a nie jakiś zbitek spraw czy przedmiotów.

To się jedynie zdarza – niestety.
Życie by było zupełnie inne, gdyby można takie chwile chłonąć nieustannie. Zachwycać się, przeżywać i mieć oczy dziecka.

I czasami, otrzeć łzę…