Obudziłem się w nocy z poczuciem dyskomfortu fizycznego. Ponieważ sypiam na brzuchu (swoim – dla jasności), odwróciłem się na wznak i… trochę ulżyło. Zajrzałem pod kołdrę i z zaskoczeniem ujrzałem widok od dawien dawna zapomniany. Miałem EREKCJĘ !!! I to nie jakieś tam w stylu „staruszek portier” ale taką NO !!! W moim wieku (mógłbym być niemalże chrzestnym Maryśki Curie – Skłodowskiej) tego typu reakcje organizmu wywołują uczucia ambiwalentne. No bo z jednej strony; „No proszę młodziaki – stara gwardia się nie poddaje” a z drugiej; „O …rwa, co ja teraz z tym pocznę…?” 

Dla czytającego/ej, problem wydaje się błahy i nie wart wspominek. Tym bardziej w formie pisanej i wśród tak szacownego gremium jakim jest towarzystwo pozostałych blogowiczów. I prawdopodobnie nie wspomniał bym o tym, gdyby nie fakt, że dalsza część przebiegła zgoła niespodziewanie…

– No co się gapisz, pierwszy raz mnie widzisz? – usłyszałem.
Rozejrzałem się po ciemnym pokoju, ale… nikogo… A i głos tak jakoś, jakby spod kołdry …
– Tutaj, tutaj… nie rozglądaj się jak emerytowany komornik, tylko zajrzyj z powrotem pod kołdrę – teraz mnie upewniło, że mi odbiło albo, że śpię dalej. Ale skoro tak, to czemu nie pogadać. Senność i tak mi odjęło, więc…
– Sorki stary, ale zaskoczyłeś mnie… nigdy nie gadałeś… – podjąłem bohatersko, czując przy tym, że sytuacja robi się lekko głupawa.
– Bo do tej pory robiłem inne usługi… A teraz to już tylko pogadać mogę… Tyle mi pozostało…
Powiedziane to zostało z lekkim sarkazmem i jakby nutką nostalgii.
– Wiszę jak, nie przymierzając, krawat w szafie… jeszcze mi się jakie mole zalęgną – dodał jakby z przyganą.
– Ja bardzo przepraszam – ostro zaprotestowałem – ale dbam o ciebie przecież i twój przekąs jest całkiem nie na miejscu – trochę mnie zirytował brakiem docenienia moich codziennych zabiegów pielęgnacyjnych.
– Tak, tak… jasne… – usłyszałem.
– No mój drogi. Przecież myję cię minimum dwa razy na dzień. Niektórzy twoi koledzy to wodę widują raz w tygodniu i tez jakoś wiszą… znaczy… żyją – poprawiłem, bo czułem, że to „wiszenie” lepiej omijać.
– No, jeżeli tobie dbanie o mnie kojarzy się jedynie z pławieniem w wodzie i atakowaniem jakimś dezodorantem – parsknął i dodał – to współczuję nam obu.
– A przepraszam bardzo. To co, mam może cię jeszcze do Baden-Baden wozić, co roku? – w głowie się mu przewróciło czy jak… No może raczej w… łebku…
– Nie gadaj… – wiesz, że nie o to chodzi… – zabrzmiało bardziej pojednawczo.
– No to powiedz mi jaśniej, o co… – wiedziałem, że rozmowa idzie w kiepskim kierunku.
– Jak pamiętasz pewnie, nie jestem jedynie końcówką twojego wodociągu – zaczął tonem wykładowcy – można by wziąć pod uwagę inne moje potrzeby i możliwości.
– Ciekawe co ja mogę niby zrobić – zapytałem.
– No widzisz, cieszę się z tak postawionej sprawy – pewnie by się uśmiechnął ale… niby czym…
– Słucham, słucham – zachęciłem.
– Po pierwsze, to jakiś masażyk od czasu do czasu wieczorkiem…
Minęła chwila zanim zrozumiałem o co chodzi.
– Zwariowałeś? – zaprotestowałem – w moim wieku? Ciekawe co by na to Lew Starowicz powiedział albo taka Wisłocka? – zwariował chyba.
– Nie musisz do tego spraszać połowy miasta. Nikt wtedy nic nie powie – jakby z politowaniem.
– A nie masz lepszych pomysłów – już wiedziałem, że pewnie ma, ale brnę dalej.
– Pewnie jeszcze pamiętasz, że oprócz produkowania dzieci, co jest istotną częścią mojej misji, istnieje coś znacznie lepszego – zaintrygował mnie tym.
– A niby co?
– Symulacja kochany, symulacja robienia dzieci… – jak by miał palec, to pewnie by go teraz podniósł niczym belfer.
– No… pamiętam, pamiętam tylko co z tego… – wzruszyłem ramionami – staruch już jestem i nie w głowie mi dupki – jakaś nostalgia przemknęła mi przez moment.
– A właśnie a’propos dupek, jako części ciała – powiedział jakby z pewnym zastanowieniem – mógłbyś mi nie robić takich niespodzianek. To nie jest śmieszne, mój drogi – w głosie zabrzmiał wyrzut – plac zabaw jest obok – dodał.
– No, nie zauważyłem, żeby przeszkadzały ci inne rozwiązania – zdziwiłem się lekko.
– Ja starałem się jedynie stanąć (w samej rzeczy) na wysokości zadania. Żebyś nie wyszedł na głupka – wytłumaczył.
– Szlachetnie z twojej strony – zakpiłem.
– Oczywiście, a ty mnie traktujesz jak naukowiec jakąś sondę – przyganił i po chwili zastanowienia dodał – i bez płaszczyka na dodatek.
– A na co ci płaszczyk?  Po agencjach nie latam – zdziwiłem się.
– Moda chłopie, moda. Teraz golców to nie bardzo chcą wpuszczać. Poza tym fajne teraz takie robią. – dodał z rozmarzeniem – ładnie się pachnie i kolorowo… Ja myślę, że dobrze by mi było w niebieskim.
Trochę mnie tym zaskoczył…
– Przecież ty nie masz oczu i nosa. To po co ci kolory i zapachy ? – zdziwiło mnie to.
– Ja nie mam, ale jak się wystroje, to łatwiej z wejściówką. Nie trzeba się przepychać, jak klient na gapę – wyjaśnił.

W tym momencie zapiał kur na dworze. Mój rozmówca powoli zaczął się kurczyć… Jeszcze w ostatniej chwili, jakby z oddali usłyszałem:

– Acha, jak sikasz to nie duś mnie tak tą łapą… Delikatnie… pamiętaj – d e l i k a t n i e !

Obudziłem się rano z rozterką. Sen był to, czy jawa…
Spojrzałem pod kołdrę… Marniutko, oj marniutko…
Ale w toalecie, na wszelki przypadek, trzymałem go delikatnie…
Co mi szkodzi…