Rzym oprócz monumentalizmu (tam nawet kibel miejski wygląda jak Wilanów)  charakteryzuje się kompletnym wariactwem komunikacyjnym. Osobiście, trzykrotnie wjechałem bezkolizyjnie pod same Colosseum i uważam to za bardzo dobry wynik. Władze miejskie wyrzucają corocznie kupę kasy na farbę do malowania pasów na jezdniach, na znaki drogowe i inne przeszkadzające kierowcom duperele. Zupełnie nie wiadomo po co, bo każdy Rzymianin jeździ według… no właśnie. Tego nie udało mi się zgłębić. Za pierwszym razem (wjeżdżając do Rzymu) odniosłem wrażenie, że coś się stało i ogłoszono ewakuację miasta. Samochody, wszechobecne skutery i ludzie piesi mają tam tylko jedno przykazanie. Dobrnąć do celu. Wszelkimi możliwymi sposobami, podstępami i zasadzkami. Albo się dopasujesz albo giniesz marnie. Kierunkowskazy – zapomnij. Pierwszeństwo przejazdu – taki żarcik. Pasy na jezdni – ozdobnik w monotonii asfaltu. Światła… no. Tu jeszcze jakoś idzie. Z tym, że nie przeceniałbym ich wpływu na potok pojazdów. Chciało mi się w przybliżeniu policzyć. Na 100 samochodów około 70 ma jakieś wgniecenie. Serio!!! Pozostałe 30 to nówki – pewnie po pierwszych 500 kilometrach.
Mój Zięć (ma warsztat samochodowy) w Rzymie byłby bogaczem.
Tylu świateł na drutach, wyłamanych zderzaków i innych oznak kolizji nie widziałem przez całe życie. A jest już tego parę latek. Na dodatek kolejny szok! Wszyscy mili dla siebie, uśmiechnięci i wyrozumiali. Ni cholery mi to razem nie grało. Biorąc pod uwagę temperament południowców – trup powinien ścielić się gęsto a bluzgi jeszcze bardziej. A tu nie… Żadnych oznak zdenerwowania, klaksonów czy środkowych palców. Każdy jeździ jak chce i daje takie same prawo innym. Jest jedna zasada. Chyba nikt nie jeździ ponad obowiązujące 50 kilometrów na godzinę. Może dlatego kończy się na niegroźnych stłuczkach. Osobiście widziałem tylko jedną.

Wyobraźcie sobie taką scenę w Warszawie:

Dwa pasy, na których samochód za samochodem. Wszyscy jadą. I nagle samochód przede mną staje. W zasadzie bez powodu. No nie – jednak powód jest. Za kierownicą młody człowiek – obok panienka. Ona ma wysiadać. W związku z tym żegnają się. Wpierw buzi i to tak, że jemu aż gula na karku wyszła. Stoję i czekam z mściwą satysfakcją na to, co będzie dalej. Trwa to z 10 – 15 sekund. Następnie młodzi (prawdopodobnie) wyznają sobie dozgonną miłość w uściskach i pąsach. Omawiają gdzie i kiedy następna randka i jak będą miały na imię ich bambino. Stoję a za mną ze 200 samochodów. Cisza. Nikt nie trąbi ani nic innego. W końcu ona w tempie inwalidy I grupy ZUS-owskiej wypełza trzymając go za rękę… Seksu  czy choćby cygarem nie było chyba jedynie dlatego, że za gorąco. Cała impreza trwała około minuty (!!!). I myślicie, że ktokolwiek oprócz mnie był zirytowany? Nikt!!! Nie wiem jak u Was ale w moim miasteczku to zebrali by tyle, że starczyło by im do końca życia i jeszcze jeden dzień później.

Dopasowałem się do tego dość szybko. Ale mimo to, Rzym w samochodzie upłynął mi pod znakiem ostrego dupościsku. Warszawa (w porównaniu) jest oazą karności i przestrzegania przepisów. Może jedynie kulturą na drodze nie dorastamy Włochom do pięt.

Acha. I między tym wszystkim jeździ policja i… nic. Interweniują jedynie na wezwanie do stłuczki. O ile komuś zaświta w ogóle taka potrzeba.

Ja ze swoją tablicą rejestracyjną (PL) byłem szczególnie miły i wyrozumiały. Niech sobie myślą, że w Polsce to tak wszyscy. Reprezentacja zobowiązuje!

O czym donosi Caruso kierownicy, szlachetny dla panów i czarujący dla pań za kierownicą – kierowca z Warszawki.

P.S
Moja Wierna (…) Małżonka po każdorazowym przejeździe przez Rzym chudła około 3 kilo. Oczywiście pociągało to za sobą dodatkowe koszty, bo musiała straty odbić sobie w knajpach – wyszukanym jedzonkiem.
A Rzym tani nie jest, oj nie…