Jako, że ze dwa miesiące temu dałem, obcym ludziom, obudować balkon – odłamki tej (destrukcyjnej – jak się okazało) decyzji dosięgnęły mnie dzisiaj. Trochę, za sprawą zięcia mojego kochanego, który to zaproponował, że pożyczy mi wiertarkę. Tym sposobem, ostatni bastion padł, bo już nie bardzo miałem co wymyślić, żeby nie zamontować rolet. Rolety sobie spokojnie czekały na naturalną utylizację (jaki jest termin przydatności rolet?) w kącie za drzwiami. Dopracowałem się już nawet tego, że moja Wierna (…) Małżonka nie wspominała o nich częściej niż raz w tygodniu.
A i to, niezbyt natrętnie.

Wracając do sprawy.
Akumulatory w ładowarce naładowane, rolety są, chęci…
No, tak sobie.

Przebieram się w same gacie, bo gorąco.
Przywiędłe (no…) wdzięki na wystawie.
Mój moherowy elektorat będzie miał używanie.

Mierzę, rysuję, przymierzam, daję poprawki na rozrzut i na krzywą balistyczną, obliczam stopień ugięcia balkonu – zarówno latem jak zimą…
OK – teoretycznie jestem przygotowany do czynu wzniosłego (!) – biorąc pod uwagę moje zdolności manualno – ślusarsko – budowlane.

Wdrapuję się na drabinkę i tu okazuje się, że skoro mają być (jak się zrobi) otwory to przydałoby się coś do ich zaślepienia – śrubki znaczy, zwane blachowkrętami.

Mam taki zapas – w szafie na ubrania
To jest dobre miejsce na śrubki.
Jest tego ze dwadzieścia różnych rodzajów.
Kłopot w tym, że brakuje, akurat tego dwudziestego pierwszego.
Nie pasuje żadna – do uchwytów, które mam przykręcić.

Luzik – ubieram się, schodzę do kultowej fury i już po piętnastu minutach jestem w leruamerlę.
Pan pokazuje mi szeroki wybór blachowkrętów i…
No, właśnie!
Nie wziąłem nic na przymiarkę. Znaczy – nie wziąłem tego „dynksu”, który się przykręca tymi śrubkami.

No, i masz dziadu placek!
Jest tego ze sto rodzajów – jeżeli chodzi o wielkość.
A mi ciemno przed oczami ze zgryzoty…
Takie, które nadawały się do skręcania parowozów i takie, bardziej zegarmistrzowskie, zostawiłem w spokoju.
Oczami wyobraźni starałem się odtworzyć wymiary otworków w „dynksie”.
Wyszło mi na to, że jedynie sześć śrubek z oferty może (!) być (około) OK.
Zakupiłem i pognałem do domu.

Ta dam!
Jedne z nich pasowały – jestem mistrzem!

No, to teraz wiertareczka i…
W pudełeczku ze dwadzieścia wierteł (ta liczba mnie prześladuje?), ale żadne z nich nie spełnia potrzeb.
Kobyłę z rzędem temu, kto potrafi wywiercić otwór dla śrubki o rozmiarze „3mm” czymś o średnicy małego ołówka.
Ja nie umiałem.
Znowu czarna przesłona na oczy mi padła – …MAĆ!

No, to się ubieram i lecę do leruamerlego – autem, oczywiście.
Pan powitał mnie jak starego znajomego i już za chwilę uszczęśliwił mnie odpowiednim wiertłem – bo śrubkę (nauczony smutnym doświadczeniem) zabrałem, na miarę.

Wydawać by się mogło, że wszelkie przeciwności losu są już za mną.
Acha…
Ponieważ muszę zacząć od rolety o długości dwa metry (później, jeszcze dwa razy po metrze) – okazało się, że mój zasięg rąk ma się nijak do zaplanowanych prac. Nawet leruamerlę nic nie pomoże!
Miarka metalowa mi się gnie i nawet zmierzyć się nie da – nie mówiąc o podtrzymaniu rolety i jednoczesnym jej montażu.

Ale nie ma tego złego – cichą satysfakcję mam.
Jutro będę wykorzystywał (zupełnie, niezgodnie z przeznaczeniem) moją Wierną (…) Małżonkę do prac fizycznych.
Murarsko – ślusarsko – wysokościowych.

Może (na drugi raz) pomyśli, zanim wpadnie na kolejny pomysł w tym kierunku, aby kotu Aleksandrowi było milej na balkonie – ponieważ jest to naczelna idea przyświecająca (ostatnio) wszelkim staraniom domowym, mojej Wiernej (…) Małżonki.

Mam nadzieję, że nie będą mi się dzisiaj śniły rolety.

Ciąg dalszy (ku mojemu upodleniu) nastąpi…
………………………………………
Dodatek z dnia następnego:
JESTEM MISTRZEM!
Rolety wiszą.

Inna sprawa, że rodzi to kolejne niebezpieczeństwa.
Moja Wierna (…) Małżonka jakaś zamyślona.
Nie jest dobrze!