Zgryzota nr 1427

No, i rozumiesz, wygnała mnie znów do sklepów. Po różne takie; a to płyn do kąpieli, a to mleko, a to pieczywo. No, tak na trzy torby reklamówki, bo jest to dobra miara na określenie wielkości zakupów. Wszystko przyjąłem ze stoickim spokojem i godnością człowieka upodlonego przez siłę wyższą lub raczej kataklizm zwany „Wierna (…) Małżonka – chora w łóżku”. No, prawie wszystko.

Bo, imaginuj sobie taką sytuację;
Facet, czyli ja, ubrany na rockersa z domieszką kowbojską – skórzana kurtka, czarny sweter i czarna koszulka, spodnie rozszerzane i kowbojki. W komplecie, łeb na łyso i w ogóle „twardy design”. A tu musisz wejść do osiedlowego sklepiku (ludzi akurat, jakby dawali darmo) i poprosić o…

OTRĘBUSIE!!!
(takie bułeczki)

Więc stoję z głupkowatym uśmiechem a ona, że niby nie dosłyszała a mi jak szczotka od klozetu idzie to przez gardło. A ludzie chyłkiem zerkają, co to za twardziel otrębusie (!!!) kupuje a ty nie wiesz co z ryjem zrobić i tylko cegła i pot na twarzy.

I czujesz się, jakbyś z różową torebuszką przyszedł między ludzi i całe lata ciężkiej pracy nad osiedlowym wizerunkiem jeb o glebę, bo przecież zawsze znajdzie się jedna sąsiadka co to potem rozniesie na okolicę;

– A wiecie, Donder to  o t r ę b u s i e  kupował. Cztery.

I będziesz tak chodził chyłkiem aż czas zatrze to niefortunne zdarzenie a dzwony i kowbojki znowu coś zaczną oznaczać. Ale to dopiero kiedyś, teraz jest zgryzota i różne stany psychiczne. Pewnie rozumiesz…

………………………………….

Szwagierka:
– Chce ci się siku, bo chciałam się umyć?
Zdrętwiałem lekko, zanim domyśliłem się, że chodzi jej o zajęcie łazienki, na dłużej.

………………………………….

Wierna (…) Małżonka:
– Mam ochotę na kalafiora.

Ja pierd*lę!!!
Jak to jest, „na kalafiora”???

………………………………..

W markecie.
– Wziąć te małe ogórki?
– Weź.
– A może te średnie?
– Weź te średnie.
(spojrzenie Bazyliszka)
– Taka z ciebie pomoc…
– To weź jednak te małe.
– Nie – wezmę lepiej te średnie.

………………………………………

W markecie.
– Wróć jeszcze po herbatę, bo zapomniałam.
– A gdzie tu jest herbata?
– Jak to , nie widziałeś – przechodziliśmy przecież!
(Oczy ma okrągłe ze zdziwienia i zgorszenia)
– No…
– Trzy alejki w kierunku wyjścia, w lewo i na pięciu półkach po środku są herbaty. „Owoce leśne” są na trzeciej od góry. No leć!
Zaczynam się jej bać!!!

……………………………………..

W markecie.
Stoję przy lodówkach – jej wystają tylko nogi…
Z ryja leci mi para.
Gile mam u nosa metrowe.
Jaja mi się pokurczyły jak fasolki.
W hemoroidach krew krzepnie.
– No i jak zwykle na zakupach minę masz znowu niezadowoloną. Mógłbyś choć raz być pogodny Misiu…
Chyba k..wa, POLARNY!!!

……………………………………….

CZYM SIĘ RÓŻNI SELER?
No, i jak co roku, spełniłem tradycyjną rolę mężczyzny w swoim domu. Lekką (no…) martyrologią doprawioną – niestety.
Zagnała mnie do pchania wózka w supermarkecie.
Mnie – człowieka inteligentnego, oczytanego i (w ogóle) oblatanego wszechstronnie. Jak burłaka jakiego znad Kołymy lub fizycznego pomniejszego autoramentu… Miłość moja własna szlochała a poczucie własnej wartości… Szkoda gadać – dolina. Zacząłem z ciśnieniem 130/90 a skończyłem, tak około, 200/160.
– Weź seler. Wziąłem.
– Nie ten.
I bierze inny – niemal identyczny.
Widocznie się nie znam na innych walorach warzyw. Taki mam defekt.
Logistyka zakupów jest niezwykle prosta, Po kolei to, co na kartce. I tak trzeba zrobić ze 30 kilometrów po tych labiryntach. A przecież można by było pójść kolejno, po wszystkich korytarzach. I zabrać to, co potrzeba.
Nie! Trzeba jakimś zygzakiem ze snu schizofrenika. Minimum – 3 razy w tym samym miejscu.
A potem to już tylko te wszystkie torby – cztery. Każda wielkości wora po cemencie.
Do samochodu. Jak usiadłem za kierownicą to miałem ręce za długie – musiałem fotel odsunąć.
Ale wie, że jest blisko cienkiej linii oddzielającej normalnego faceta od szaleństwa i czynów gwałtownych, bo włącza program „Piotruniu”, „kochanie” i takie tam, inne sztuczki. Cwana jest…
Że niby ma to mnie wzmocnić (?) lub uspokoić. Nie wiem…
Trzy dni tych świąt a zadymy i upodlenia godności osobistej, jakby nie wiadomo co.
Chrześcijanie to przynajmniej mają za swoje. A Żydzi – szczególnie! Ale ja???
P.S.
I znowu będę żarł te śledzie do marca aż wyliżę ostatni słoik.
Dopisek z ostatniej chwili:
Ona znowu robi jakąś listę na kartce. Słabo mi jakoś…

…………………………………………

PRZEDŚWIĄTECZNA POMOC
Wróciłem z tradycyjnej, bożonarodzeniowej pielęgnacji naszego (cmok, cmok) samochodu.
Mycie, odkurzanie i takie tam…
Do świąt nie poczuwam się ideologicznie, ale trzeba kobicie pomóc, bo konsumentem jednak będę.
Więc ostro ryzykuję:
– No, kochanie, w czym Ci pomóc?
– Odkurz.
Odkurzanie dzisiaj, to trochę bez sensu. I tak się znowu nasyfi, więc…
– Jutro, po południu. Dawaj dalej.
– Pomaluj pierniczki – ona na to, ale po chwili:
– Albo nie, bo głupoty jakieś namalujesz.
Jasne. Pewnie w fiuciki i cipki bym pomalował.
Jak nie, to nie.
(mija kilka chwil…)
– Ręce mi odpadają od tego zagniatania ciast.
– Daj, ja to zrobię.
– No już to widzę. Mąka, jajka i mleko tam jest i to trzeba ugnieść w jednolitą masę. Nie umiesz…
OK – skoro nie umiem, to nie.
(mija kilka chwil…)
– Jabłek mam chyba za mało.
– To ja pójdę i kupię.
– Po same jabłka nie ma sensu. Trzeba od razu kupić to, co na kartce.
Tu pokazuje arkusz papieru, wielkości niewielkiego lotniska.
– To kupię to, co na kartce.
– Nie, bo i tak nie kupisz tego, co ja chcę.
Jasne. Debil jestem i nie potrafię odróżnić jajka od kartofla.
– Jakby co, to jestem gotowy do pomocy, kochanie – tylko powiedz co…
Spojrzała na mnie wzrokiem taksująco – zrezygnowanym.
Westchnęła jakoś tak ciężko.
Czy ja jestem jakiś „specjalnej troski”, czy co???

………………………………………

MARII, KIERAT CODZIENNY
Poród, poród i… po porodzie.
Józef poszedł sobie dłubać jakieś drewienka, królowie się rozjechali, pastuszkowie poszli.
Nawet do kogo gęby otworzyć…
A tu…
Przewijać, pieluchy prać, piersią karmić, nosić (żeby się beknęło), lulać (…że Jezuniu) i cała ta robota z berbeciem.
(dobrze, że jeszcze szczepień nie wymyślili, bo…)
A przecież, przydałoby się jeszcze jakoś wyglądać (kobietą się jest bez względu na okoliczności), włoski utrefić, pazurki przyciąć, kieckę zmienić…
A tu jeszcze zaraz, ten Herod z tymi swoimi patentami!
Latać trzeba będzie, ze wszystkimi tobołami – nie wiadomo gdzie.
Ech, nie ma sprawiedliwości…

…………………………………………

Wyszedłem sobie wieczorem z moim pieskiem…

Wtem z naprzeciwka widzę, że idzie dwuosobowy, dwupłciowy patrol Policji.
A mój piesek luzem…
On inteligentnie do mnie:
– Z tym pieskiem to na spacer?
– Nie, do Urzędu Stanu Cywilnego – ja na to, bo mnie położył na łopatki tym pytaniem.
– Ona:
-Kaganiec by się przydał.
Ja na to:
– Piesek nie gryzie, jest bardzo spokojny.
A ona na to:
– Nie dla psa, dla ciebie.

Zarechotali głośno i poszli dalej.
Nawet mi się spodobało..

……………………………………

Nie mam zamiaru tutaj naśmiewać się z bohatera tej scenki. Każdy orze jak morze. Jeść trzeba i basta! Ale powiem szczerze, że mimo, iż coraz mniej mnie już zaskakuje, to jednak życie jest nieobliczalne…

A było tak.
Zima. Tak mniej więcej z 1-2 stopnie na minusie. Z góry leci niby to śnieg, niby coś około tego – mżawka taka jakaś…
Do budynku wpada facet na rowerze. Wygląda jak nieszczęście. Sople, płaty, gile u nosa…
Ubrany w piankę i kask. Na nogach trampki w wersji na rowerek. Kolor na twarzy ma taki jakiś dziwny, lekko denaturatowy (skąd ja mam takie skojarzenia…), prawie słyszę jak mu skrzypi w kolanach.
No, po prostu kurier jednej ze znanych firm. Można ich wielu zobaczyć na ulicach.

W geście współczucia zagaduję:
– Ciężka praca w taka pogodę…

I tu niespodzianka!
Gość mierzy mnie wzrokiem okrutnym i lekko pogardliwym:
– Proszę pana. To nie jest praca. To jest wyzwanie!

LUDZIE!!! Chciałbym poznać tego gościa, który potrafi tak namieszać dorosłemu chłopu we łbie.
Po prostu Paganini socjotechniki!!!
Inżynier ludzkich dusz!!!

Powtarzam – nie naśmiewam się z kuriera.
Ale fajnie było stać z rozdziawioną gębą.
Mowa wróciła mi po kwadransie.

…………………………………

– Kochanie, zrób mi kawkę.
Jako klasyczny laczek, lecę do kuchni i włączam pod czajnikiem.
Za chwilę kawka zrobiona.
Pierwszy łyk i…
– Zwariowałeś? Kawę z cytryną mi zrobiłeś?
Mina przy tym, jakbym jej seks zaproponował.
– Normalną ci zrobiłem!
Widzę, że się zastanawia…
– Cholera, czajnik odkamieniałam i zapomniałam ten płyn wylać!
Koniec przygody gastronomicznej.

………………………………………….

A był to początek lat sześćdziesiątych.

Jak wtedy było tak było, ale mój Tata zawsze był gadżeciarzem, więc…
Rodzice kupili odbiornik telewizyjny!
Produkcja radziecka- marka Record.

Pikanteria tej historyjki polega (również) na tym, iż był to pierwszy telewizor na osiedlu.
Jednym słowem; szpan, wypas i ogólny szacun na dzielni, czyli; Tata w swoim żywiole.
Oczywiście, do kompletu, trzeba było kupić antenę i zamontować ją. Pamiętam ten tłum sąsiadów, na dachu, bo każdy chciał się dołożyć do postępu i mieć, w tym sukcesie, swoje trzy grosze. A wtedy, grosze, coś jeszcze znaczyły. Zamontowano tyczkę a na niej antenę, od której ciągnął się przewód do telewizora.

Po całych tych zabiegach, każdy z sąsiadów przyniósł swoje krzesło i zasiadł w naszym pokoju. Tak, kilkanaście krzeseł. Wypisz, wymaluj – sala kinowa.

W tych czasach, program telewizyjny był nadawany może z półtorej (może dwie) godziny, dziennie. Kończył się wcześnie – o ile pamiętam – około szesnastej.
Oczywiście, całe te zabiegi z montażem, trwały dość długo, więc…

Tata wciska magiczny guzik, uruchamiający to cudo techniki i…
Na ekranie (pamiętam dokładnie) rysunkowa plansza, na której była filiżanka kawy, popielniczka i palący się w niej papieros z zawiniętym finezyjnie dymkiem.
Nad tym wszystkim, napis „Dobranoc”.
Było już po programie.

Ale to zupełnie nikomu nie przeszkadzało. Sąsiedzi siedzieli i patrzyli na ten statyczny obraz. Wszyscy grzecznie chwalili zakup, wyrażali się pozytywnie o współczesnej technice i zaawansowaniu technologicznym ZSRR, Po jakiejś godzinie zniknął rysunek i pozostał czarny kineskop. Sąsiedzi dziękowali za gościnę, jeszcze raz gratulowali i szli do siebie.

Tylko Tata chodził jakiś taki, ciut zgaszony.
Wielka inauguracja raczej nie wyszła, zgodnie z założeniami.
No, lipa i tyle…

Pamiętam jeszcze, że (w późnieszych czasach) wiele razy sąsiedzi przychodzili do nas na telewizję.
Przeważnie wtedy, gdy coś się działo lub jedynie po to, aby wypić buteleczkę piwa i pogadać.

Bo to były czasy, kiedy do sąsiadów się chodziło a nie pisało na Facebooku.

………………………………………………………………

MOJA WIERNA (…) MAŁŻONKA…
…zapałała żądzą.

Spokojnie zboczki, spokojnie…
Chodzi akurat o wschodnią żądzę, kulinarną.

Więc wygnała mnie do Wietnamczyków, którzy nieopodal pichcą (pomrukując zaklęcia) jakieś różne strawy – nad ogniem i w garach różnych.

Zamówiłem więc, zapłaciłem i czekam aż się strawa uwarzy.
(wołowina z ryżem smażonym i surówką – z grubsza)

Stoję i się nudzę.
W pewnym momencie wchodzi jakiś facet (pewnie też go wygnali) i prosi coś tam, do picia. Uprzejmy Wietnamczyk wypowiada (bez trudu i obcego akcentu) kwotę do zapłaty. Gość grzebie w jakimś pugilaresiku i podaje banknot. Wietnamczyk pyta czy nie ma dziesięciu groszy. Facet odpowiada, że nie ma.

I tak to jest, jak się wpierw mówi a potem myśli…

– Ja mam – mówię żartem.

Wietnamczyk wyciąga (do mnie) łapę!
Kontynuując dowcip – podaję mu z kieszeni dwie piątki.

Facet bierze resztę oraz butelkę Nestea i idzie w diabły.
Wietnamczyk wrzuca moje klepaki do kasy i…
Po akcji.

Usiadłem sobie na zydelku, w kącie i śmiałem się (po cichu) długo i łzawo.
Istny Monty Python.

……………………………………………….

IDĘ SOBIE SPOKOJNIE ULICĄ

Nikogo nie zaczepiam, nikogo nie prowokuję zachowaniem a tu…
– Mateusz, nie garb się tak! Zobacz, pan jest stary a się nie garbi tak, jak ty.

Dwie siekiery zawisły w powietrzu.

Pierwsza:
Chłopaczyna (wiek +/- 7 lat) spojrzał na mnie z nienawiścią.
Wiem, że jak Mateusz podrośnie i mnie spotka to dostanę porządnie w łeb.

Druga:
Ty dupo jedna!
Wywłoko osiedlowa!
Ja, stary???
Ja bym cię jeszcze…!!!

Miłość własna (w kawałkach) łka gdzieś w kącie, razem narcyzmem.

……………………………………………………
NA RYBACH

Pojechałem, z moim braciszkiem, na ryby.
Ryby jak ryby, gdyby nie…

Zaczepiła się, na haczyk, taka mała (5 centymetrów) uklejka.
Zdjąłem ją delikatnie z haczyka.
Popatrzyłem jej w oczy i…

– Piotruś, ale koteczka to ty nie masz, prawda?

Zatkało mnie lekko, ale odpowiadam:

– Mam koteczka.
– Ojej! – zmartwiła się uklejka.
– Tyle, że mój koteczek nie je rybek – pocieszyłem rybkę.
– Oj, to dobrze kochaniutki, to wpuść mnie do wody. Tylko wiesz,
delikatnie bo pęcherz pławny i te sprawy…

Wpuściłem ją delikatnie do wody.
Opłynęła małe kółko i wystawiła łepek.

– Piotruś…
– Co tam? – spytałem.
– Daj rybce robaczka.

Dałem. Połknęła na trzy razy, machnęła płetwą i tyle ją widzieli.

Opowiedziałem tę prawdziwą historię swojej Wiernej (…) Małżonce.
Powiedziała, żebym poprosił swojego psychiatrę o zmianę leków..

Też mi…
Pfff…

……………………………..

ROZTERKI ORALNE

Dzieci moje kochane, podarowały mi wibrator.
Wibrator jest na akumulatorek, który ładuje się z zasilacza.

Wibrator drży w tempie, który pewnie zadowoliłby królicę.
Kobietę – no, wątpię.
Chociaż uczciwie przyznam, że nie znam optymalnej częstotliwości drgań klasycznego wibratora. Może któraś z Pań coś podrzuci na ten temat.

Wibrator ma ergonomiczną rączkę i jest miły w dotyku.

Z niewiadomych mi przyczyn na końcu ma taką, okrągłą szczoteczkę.
Wyuzdanie jakieś?

Najgorsze w tym wszystkim jest jednak to, że dzieci kazały mi to wkładać do ust i miziać sobie tym zęby!
Stomafilia (?) jak nic.

Generalnie, przed każdym użyciem, czuję się jak stara dziwka, robiąca pokaz dla rozgrzania klienta.

O czym donoszę z trzęsącą się szczęką.