Spadając jak liść jesienny
Spływając jak plemnik  po ścianie
Zadając mi trud codzienny
Ciało znów stawia wyzwanie

Nadwyrężając muskuły
Resztki wyblakłej świetności
W kąt porzucając skrupuły
Gwałci mi mięśnie i kości

Skurczone ścięgna zawyły
Serce gdzieś z piersi wylata
A w gardle charkot niemiły
I pęka mi sucha klata

Pot warkoczami krętymi
Spływa po torsie i czole
I tak z płucami wzdętymi
Seks znów uprawiam w mozole

Padając martwy na łoże
Szepczę modlitwę w mroku
Dzięki Ci Panie Boże
Że zbiera mi się raz w roku