(tak to jest, jak się śpi w dzień…)

Obudziłem się jakiś taki przepłoszony – jak dzik z państwowego lasu.
A wszystko za sprawą uporczywych mar sennych, które mnie nękały, podczas popołudniowej drzemki.
A, że rzadko sypiam w dzień, to kara zaraz musiała być dotkliwa i doraźna.
No, i była!

(…)
Całe, stargane nerwy przez to, że mi nie dostarczyli pługa śnieżnego (skąd u mnie ciągoty do takich, gminnych rozrywek?) no i okazało się, że to jest coś niebywale gorszącego i niezwykle nadwyrężającego moje łkające ego – a bez pługa (nie wiedzieć, czemu) to ani rusz. I trzeba interweniować koniecznie bo to skandal!
Inna sprawa, że śniegu jakoś nie przypominam sobie – w tym śnie.
O tym, że pług jest, ale bez tej szufli z przodu, zawiadomił mnie jeden taki nieznajomy – w garniturku i z narzędziami jakimiś, pod pachą.

Tak więc, wsiadam do swojej kultowej fury i (gdzieś? z kimś?) jadę awanturować się o ten pług. Nawet w tej wersji to był jednak wariant optymistyczny – jak się okazało. Na skrzyżowaniu trochę mnie wyniosło podczas „prawoskrętu” i omal nie rozjechałem pałętających się tam, luzem, ludzi.

Znacznie dramatyczniej zrobiło się jak wysiadłem a część z tych, cudem uratowanych, zaczęła mnie obściskiwać, bo to się okazało – rodzina jakaś.
Był wujek Stefan i ciotka Marysia – pierwszy raz ludzi na oczy widzę.
Tyle zapamiętałem z całej tej gromady bo byli jeszcze jacyś inni, ale widocznie mniej znaczni.

Wujek, elegancko ubrany w „jajcowate” trykoty i koszulkę typu „gimnastiorka” a ciotka wyróżniała się kreacją okołobalową. Z tym że, niezwykle odważną, nawet jak na stolicę; od góry do samego dołu kiecki, z przodu – siatka taka lub inny ażur bo jej cycki i zarost łonowy było widać. A ciotka jakaś taka, podejrzanie młoda a jednak, mimo to, dość niemodnie zarośnięta łonowo. Jakaś ciemna prowincja, po prostu i obciach na całą dzielnię.

No więc, stoję tak dość chytrze, żeby ją przysłonić bo mi głupio a wujek, że niby oni do mnie na chatę walą, i że po podróży są a i zjeść by coś trzeba – to może gdzieś do restauracji.

A mnie włosy na głowie i gula w gardle stają, bo już ich widzę w tych strojach (w knajpie) i konsekwencje towarzyskie mnie prześladują. To mówię szybko (żeby ich wybić z tematu), że spieszę się po pług i zaraz dodaję, że chodzi o taki śnieżny, żeby nie myśleli iż na stare lata za ziemią mi się ckni i w tym momencie jest to dla mnie bardzo ważne (?!), żeby nie myśleli.

I tu niespodzianka mnie czeka radosna (?), bo jak się nagle okazuje, to oni właśnie wszyscy pługiem przyjechali i problem żaden – pożyczą, tylko żebym im miasto pokazał. Ale przedtem jeść ich zaprowadził.

I tu, jak z kapelusza (anieli nadali), drzwi do knajpy stoją, jakiś facet trzyma je na oścież, w kubraczku firmowym (a jakże), szamerowanym, a ciotka tymi cyckami na wszystkie strony, a wujcio w tych trykotach, a mnie nie wiadomo gdzie pysk schować.
(…)

Obudziłem się szczęśliwie, w całkiem odpowiednim momencie – do scen gorszących nie doszło.
Po kilku minutach panika mnie opuściła i już spokojnie, opisuję Wam moje wirtualne zgryzoty.