W, niemalże, każdym towarzystwie, przypadkowym czy zebranym według jakiegoś klucza, istnieje niepisane prawo bycia innym, niż jest się naprawdę. Społecznie, jesteśmy niemal przymuszeni do odgrywania jakiejś roli. Roli, która pokazuje nas w zupełnie innym świetle, niż jest to w rzeczywistości. Dotyczy to również, po dużej części, mnie. Skąd to się bierze?

Z dwóch, dość prostych, powodów. Pierwszy z nich jest taki, że ciężko mi jest czuć się gorszym od innych. Teoretycznie wiem, że (według Desideraty), nie powinienem się porównywać z innymi ludźmi, bo to raczej do niczego dobrego nie prowadzi. No i co z tego. Coś we mnie siedzi takiego, że staram się aby inni widzieli mnie lepszym, niż jest to w rzeczywistości. Nawet wiem, skąd to się bierze.
Byliście w takiej sytuacji, kiedy to powiedzieliście, że na coś was nie stać? Nie mówię tu o Mercedesie czy willi. Mówię tu o sytuacji, kiedy to przyznaliście się do tego, że finanse nie pozwalają wam na dość przeciętne „szaleństwo”. I co się stało? Momentalnie, towarzysko, spadacie na dalszy plan. Jesteście traktowani jak parias wśród wybranych. Dostajecie to bardzo delikatnie (lub nie), do zrozumienia. Jest tak? Jest! To samo dotyczy wielu innych sytuacji, dotyczących, dla przykładu, układów, zdrowia, dorobku czy czegokolwiek, czym inni się szczycą. Ja, często znajdowałem się na tym, dalszym planie.

System obronny, przed tego typu wykluczeniem, rośnie po cichu i powoli. Z czasem, obrastamy pewnym pancerzem, który nie daje możliwości obejrzenia nas takimi, jakimi jesteśmy. Po latach, staje się on naszym naturalnym rynsztunkiem – drugą skórą. Grubą i ciężką do zdjęcia. Ja, po latach pracy, na różnych stanowiskach, doszedłem do tego, że ów pancerz przeniosłem również na te kawałki mojego życia, które nie miały nic wspólnego, z potrzebą bycia opancerzonym. Przypadkowi ludzie i gremia, znajomi, rodzina i…
Najgorsze ze wszystkiego – ja sam. Tak, tak…

Po jakimś czasie człowiek zaczyna uważać, że jest takim, jakiego gra. W pewnych sytuacjach daje to pewne pożytki. W większości jednak – straty. Wprawdzie nie można zostać bogatym tylko z samego posiadania takiego wizerunku, ale istnieją inne niebezpieczeństwa. Można zostać „twardym” człowiekiem. Można zostać wyrachowanym lub (oraz) nieprzystępnym. Można „wtopić” się w rolę, która zupełnie nie przystaje do nas. Wiem coś o tym. Wiem również, jak ciężko wtedy uchylić rąbek tajemnicy swojego prawdziwego wnętrza. A przecież, jeżeli chcę dojść do jakiejś „normalności” ze swoimi emocjami – jest to warunek nieodzowny. Na powrót zostać sobą. Być transparentnym dla innych (może niezupełnie do końca) i dla siebie – w sposób totalny. Ciężka to droga. Przynajmniej dla mnie. Początki niby już zrobiłem, ale do końca jeszcze bardzo daleko.

O ile, w ogóle, da się osiągnąć ten koniec…

P.S.
Dobra, dobra…
Wiem, że głupotą jest oceniać po pewnych pozorach, że człowiek to jego wnętrze i wiele  innych atrybutów osobistych, które powinno się brać pod uwagę. Wiem również, że towarzystwo, które ocenia człowieka po kasie, po tym, czy jest się twardzielem lub po tym, co mogę dać (załatwić) innym, nie jest warte tego, aby w nim przebywać.
Tyle, że zjawisko jest tak powszechne, iż (w znakomitej większości) ludzie tak oceniają. I ci pojedynczy, i ci zebrani w grupy.
Obecnie, nie mam (oprócz pracy) żadnego towarzystwa a i pojedynczych ludzi, bez tego mankamentu, jak na lekarstwo.
Samotność jako wybór?

Pisze te słowa twardziel, który wcale nie jest twardzielem, układowiec bez układów oraz człowiek, który wcale nie jest taki, jakim go widzicie. I to wcale nie jest fajne czy łatwe.