W Halloween wystarczyło, że popatrzyłem sobie z rana w lustro. Nawet bez świeczki w środku – rano jestem zdecydowanie wstrząsający… Obyło się bez marnowania plonów. Jedna dynia ocaliła życie. Zupełnie jak prezydent USA – daruje zawsze na 4 lipca życie jednemu indykowi, tak ja też postanowiłem z dynią. Zrobiłem to raczej bez większego przymusu, bo tradycja i tak u nas w domu raczej się nie przyjęła…

Święto Zmarłych natomiast natchnęło mnie niespodziewaną refleksją… Ciekawe dlaczego do tej pory nie ma Święta Żywych? Czy nam to się już nic nie należy? Nawet jeżeli chwilami jesteśmy ledwo-żywi? Nad samym rytuałem i obrządkami takiego święta to się jeszcze nie zastanawiałem. Może macie jakieś pomysły…? Ale uważam, że idea warta jest przemyślenia. Szczególnie w kraju gdzie być żywym nie jest tak łatwo jak być martwym.

Jako, że udzielałem się rodzinnie – napiszę troszkę o Wnusiorku moim kochanym. Jest zdrowy jak koń. Raczkuje po pokojach. Tłucze przy tym okrutnie rączkami o podłogę. Jak tak dalej pójdzie, to zostanie pierwszym obywatelem tego kraju bez linii papilarnych.

Jest cwaniutki… Czasami aż nazbyt. Już wie, że jak nic nie pomaga, to zawsze na jakiś numer dajemy się nabrać. A to pokaże język, a to powie „baba”, a to poklaszcze w łapki i… już nas ma. Gada dużo, ale jeszcze w polszczyźnie – inaczej. Wnusiorek będzie – tak samo jak dziadek – wersją wyścigową a nie mięsną. Jest tak ruchliwy, że lekarz powiedział aby nie liczyć na pulpecika lub kogoś podobnego. Mimo, że jest mało marudny, to ruszać się musi cały czas. Zupełnie jak rekin. Wydawać by się mogło, że bezruch jest dla niego stanem niezgodnym z naturą… Obojętnie – czy to w chodziku, czy na czterech łapach – jak nie poruszy się przez 5 sekund – znaczy, że chyba śpi… Na razie nawiązuje przyjacielskie stosunki z psem moich dzieci: buldogiem-albinosem.  Wychodzi to różnie, bo pies wyraźnie czuje, że szanse ma coraz mniejsze. Szczególną sympatią Wnusiorek obdarza psią miskę z suchym żarciem. Jak zahipnotyzowanego, ciągnie go do psiego żarełka. Nogi jeszcze nie podnosi, co jest pocieszające biorąc pod uwagę komitywę z psiurskim… Pies to nawet toleruje… To znaczy, ataki na miskę i sikanie bez zadniej kończyny w górze…   Jest jeszcze kot. Ale ten – mimo, że bandzior jest i się nam nie daje – to Wnusiorkowi schodzi z drogi i obchodzi go wielkim łukiem… Może się kiedyś dogadają…

Na razie moje dzieci jeszcze nie przestawiają wszystkiego wyżej – poza zasięg ciekawskich łapek. Ale myślę, że to już będzie powoli czas na to.

Z wiewiórkami i kaczkami w Łazienkach jest już po imieniu. Codzienne spacery po parku z babcią dają rezultaty. O ile na początku bardzo go zastanawiały wszelkie żywe stworzonka i wywoływały miny znamionujące głęboką zadumę, o tyle obecnie jest to już coś normalnego.

No i co najważniejsze!

Widok dziadka wywołuje na jego sześciozębowym ryjcu, prawdziwą radochę. Z tym, że to działa w obie strony. Dziadek też nie może powstrzymać się od radosnego grymasu na gębie.

P.S.
Moja starsza Córcia i jej Małżonek rzucili palenie… OBOJE NA RAZ !!!
Oglądajcie Kurier Warszawski!
Pewnie w końcu się oboje zatłuką – to pokażą ich resztki w TV…