„Rozwój duchowy”, jako pewnego rodzaju pustosłowie – zrobił dość sporą karierę. To, że stało się tak w kręgach mało zbliżonych do „centrum spraw” – jest oczywiste. Ludzie używają wielu sformułowań, których nie pojmują lub takich, które są jedynie szufladką na sprawy niejasne lub wykraczające poza ich zasięg pojęcia. W skrajnych przypadkach – występują jako narzędzie do prowadzenia działań w zakresie masowym. Przez długi czas, ja również używałem tego sformułowania. Tym niemniej, u mnie występowało ono raczej jako tytuł do szeregu czynności – czy to fizycznych, czy to innych – wykonywanych dla zmiany pewnych ustalonych zasad. Tak samo jak „droga rozwoju” czy „kroczenie drogą” – w szerokim rozumieniu. Było mi to potrzebne do pewnego uporządkowania spraw „codziennych” i „niecodziennych”. Oddzielenia spraw powszechnych od tych, które uważałem za wyjątkowe i przynależne jedynie moim praktykom. Nie wiem jak inni, ale ja miałem bardzo długo potrzebę pewnego nazywania spraw – jako wykładnika mojej wyjątkowości. A już w najlepszym przypadku – wyjątkowości grupy, do której (jak mi się zdawało) należę. Nazywanie spraw dawało – z jednej strony – pewne uporządkowanie, zaś z drugiej (wniosek znacznie późniejszy) znaczne ograniczenie, wynikające z tego, że sprawy nazwane są przeważnie skostniałe. Każda szufladka (na podobieństwo takiej fizycznej) ma również swoje ściany, podłoże i jakiś sufit. Ułożenie czegokolwiek w takiej przestrzeni, to pogodzenie się (nawet, jeżeli wydaje się inaczej) z pewnym ograniczeniem. Najgorzej jest, jeżeli jest to, dodatkowo – szufladka oznaczona hasłem przez innych. Zapożyczona na użytek pewnej chęci dołączenia „do”.
Nawiasem…|
Dołączenie do grup, sekt czy innego typu stowarzyszeń (w tym – wyznaniowych) poza pewną (czasami pozytywną energetycznie) atmosferą – to marnowanie czasu i energii. Wszelkiego rodzaju „prorocy”, „oświeceni” czy innego autoramentu postaci – nie należeli, lecz tworzyli nowe. Bez względu na to, czy były to postaci realne, wyssane z ludowego palca czy będące swoistą kompilacją. Zostawanie drugim Chrystusem, Buddą czy kimkolwiek innym, jest dość marnym pomysłem – energetycznie. Społecznie, być może jest jakiś sens w mnożeniu Chrystusów, bo miałoby to z pewnością konkretny wymiar, w postaci ogólnego odchamienia i przeniesienia punktu ciężkości ze zmęczonego już „mieć” na dosyć bezrobotne „być”. Tym niemniej, multiplikacja życiorysu któregokolwiek z wielkich lub mniejszych, jest jedynie rozpaczliwą próbą usprawiedliwienia swojego lenistwa i wynikającej z tego – ociężałości umysłowej. Łatwiej udawać „rozwój duchowy” jadąc po szynach wytartych jak burdelowy żeton, niż pokombinować samemu – bez obcych (dziwnych) implantów umysłowych. Kręcenie się wokół Betlejem, nie jest żadną gwarancją na uwieńczenie krzyżem.
Koniec nawiasu…
Moje ostatnie doświadczenia, nie wskazują na to, iż nie istnieje jakikolwiek „rozwój” – w sensie uniwersalnym. Wszelkie „rozwoje duchowe” są przeważnie lekkimi (lub cięższymi) szowinizmami. Tak, na zasadzie; wszystkie rasy są równe, lecz nordycka najrówniejsza… Przy tym, zasady nawet są podobne. Większość gówno wie i umie, ale „należy” i „celebruje” na obraz i podobieństwo. Nawet, jeżeli ten obraz jest jedynie upstrzonym przez muchy lustrem. Taka masa, potrzebna dla spełnienia się wszelkich (pożal się dowolny panie boże) guru, przewodników duchowych i wszelkiej maści organizatorów owych igrzysk.

W tym kontekście – wszelkie klasyfikacje czy próby przysposobienia na użytek danego ugrupowania, zagadnienia „rozwoju duchowego”, są jedynie mieszaniem w głowach nieprzywykłych do samodzielnego myślenia.

Jest praca. Są praktyki i ich efekty. Czasami występuje pewna zmiana w systemie postrzegania lub innych świadomości. Dłużej, krócej a czasami wcale.

Zdejmijcie szaty a załóżcie fartuchy. Przestańcie poić się „ambrozją” a spróbujcie czasami włożyć palec w gówno. Bo to właśnie jest nierozłączny element tej pracy.