A mimo wszystko…
Bywają takie chwile, że czuję w sobie coś niewykrzyczanego. Coś, co siedzi gdzieś tam, bardzo głęboko, w samym jestestwie i uwiera. Raz mocniej, raz słabiej. Kiedy jest słabsze – na co dzień – wtedy daje jedynie poczucie malutkiego dyskomfortu. Takie bardzo, bardzo leciutkie ćmienie… Bólu? Żalu? Ucisku? Niechęci? Nie wiem… A może jest to mieszanka tych odczuć i uczuć. Tym niemniej trzeba z tym żyć. Bywa tak, że się do tego przyzwyczajam i uznaję to za naturalną cząstkę mojej osobowości.
Ale nie. To oportunizm w najgorszym wydaniu. W najgorszym, bo dotyczącym własnego wnętrza, własnej osobowości i tego, co powinno być wolne i nieskalane. I ten oportunizm, wraz z przyzwyczajeniem, powoduje uniki przed konfrontacją z tym, co uwiera. Może tak jest bezpieczniej? A może to nie oportunizm a jedynie strach przed tym co naprawdę siedzi tam, w środku? Strach pokryty codziennością, która jak opium pokrywa płaszczem obojętności wszelkie rozterki. Takie zajęcia zastępcze, mające na celu nie widzieć tego, co ważne i nad czym trzeba by się pochylić uważniej. Szpachla na spękania.
Niestety (?), czasami przychodzą momenty, w których codzienność nie jest taka zajmująca. Jak dzisiaj. Wtedy pojawiają się dziwne stany „bycia”. Niby nic się gwałtownie nie zmieniło od wczoraj a jednak… Pojawia się lekki niepokój. Myśli ciągną w tę stronę, która nie jest tak uczesana jak by się chciało. W stronę zastanowienia się nad sobą – swoim „tu i teraz” oraz w meandry historii i przyszłości własnej. Wtedy zaczyna najbardziej uwierać. Wtedy zaczyna się obnażanie wszelkich wad własnych, wszelkich niedociągnięć celowych i spowodowanych pośrednio. I to niewykrzyczane rośnie wtedy w środku. Jak zły owoc, który czekał na okazję, żeby słońce zaszło. A słońce zachodzi wraz z upływem energii wewnętrznej.
I nie ma wtedy żadnej rozsądnej metody na obronę. Prawda ma to do siebie, że można ją jedynie przysłonić. Na pewno nie można jej zlikwidować, wyciąć czy wymazać. To nie gazeta. To JA!
Owszem, można znów rzucić się w zajęcia, w myśli inne w cały ten zamęt otaczający mnie codziennie. Tylko zastanawiam się nad tym, jak długo tak można? Zastanawiam się, czy nie nadejdzie w końcu ta chwila, kiedy to ucisk przerośnie możliwości maskowania i… No właśnie – i co?
Czy wtedy ogarnę prawdę, czy mnie to przerośnie. Czy sprostam, czy polegnę w jakiś sposób. Czy pogodzę się, czy padnę przywalony nadmiarem faktów i prawd cząstkowych. I tego też się boję…

 Zawsze mi, po tych chwilach, pozostaje pytanie:
Czy to dobrze, czy źle, że się tak dzieje? Czy to do czegoś służy?
Czy to jedynie wirus w zmęczonym mózgu…