Wojna rodzi bezkarność.
Lub odpowiedzialność, jedynie szczątkową.
W najlepszym przypadku, odpowiedzialność tych, którzy są jedynie wykonawcami.
Ale to też rzadko i „po łebkach”.

Generalnie, okres wojny to okres, w którym wychodzi z nas prawdziwe oblicze „człowieka cywilizowanego”.
Ci wszyscy (na co dzień) grzeczni urzędnicy, krawcy, robotnicy oraz przedstawiciele wszelkich zawodów, nagle potrafią przeistoczyć się w bandę ludzi bez skrupułów, zasad i sumienia.

I nie dotyczy to jedynie jakiejś konkretnej nacji.
SS-mani i gestapowcy są wszędzie.

Tyle, że na co dzień nie noszą mundurów. Schowani są pod cienką (jak się okazuje) otoczkę, która w największym stopniu składa się ze strachu przed odpowiedzialnością.

To właśnie na wojnie, pokazujemy nasze prawdziwe oblicza.
Oblicza drapieżników.
I to w znacznie gorszym wydaniu niż te drapieżniki, które ukształtowała przyroda.
Gorsze, bo inteligentne ponad wszelkie, pozostałe miary.

Tyle, że inteligencja też może być wykorzystywana różnie – jak widać.

Wojna, dodatkowo, rodzi anonimowość.
Kiedyś, trzeba było osobiście i konkretnemu człowiekowi wbić miecz w brzuch.
Trzeba było spojrzeć mu w oczy.
Wróg miał kolor włosów, rysy twarzy.
Był bytem podobnym do atakującego.

Dzisiaj, wojna jest (w dużym stopniu) anonimowa.
Przełącznik, pstryk!
Rakieta nie ma oczu, uszu czy psychiki.
Przełącznik czy guzik, robi z wojny pewną grę.
Bo giną gdzieś tam.
Jacyś nieznani a wiec, tak naprawdę, nie dotyczący nas osobiście, ludzie.

Dzisiaj jest łatwiej zabić kilkuset niż kiedyś jednego.
Nie ze względu na umiejętności czy ich brak.
Ze względu na to, że nie trzeba oglądać flaków, trupów i okaleczonych dzieci.

To upraszcza wojnę. Upraszcza samorozliczenie się z ofiar.

Wojna, wojsko, bitwa – już dawno straciły swój rys romantyczny.
Pozostała rzeź, gwałt i krzywda.

Jeżeli będzie jakaś następna wojna – będzie właśnie taka.
Bez względu na to, kto z kim będzie ją prowadził.