(Reportaż śledczy)

Zauważyłem, że w świecie Duchów, coś jest przez ostatnie około 50 lat, zupełnie inaczej. Zauważyłem to już znacznie wcześniej, ale tak świadomie, to chyba dopiero od momentu ekspansji elektryczności w życie przeciętnego człowieka. Wcześniej, czyli tak ze 150 lat temu, było łatwiej. Pamiętam, że panowała lepsza kooperacja (fatalne określenie) i mimo wielu wpadek, takich jak rozgałęzione degeneracje cagliostryczne czy też zupełnie niekontrolowane układy amorficzno – hybrydowe typu „Biała Dama” – ludzie i duchy współżyli na zasadzie symbiotycznej i ku obopólnej korzyści. No… przeważnie… Obecnie, chyba coś się zacięło…

Postanowiłem zadać sobie trud i wykonać trochę dodatkowej pracy, w celu uzyskania satysfakcjonującej odpowiedzi, co do interesujących zmian. Ponieważ w kontaktach ze swoim Duchem Opiekunem (w skrócie: DO, ale nazywam Go: *John ), raczej wielkich kłopotów ostatnio nie miewałem, postanowiłem więc wykorzystać Go jako pewnego typu wytrych i pójść tradycyjną metodą „po nitce do kłębka”. Wyniki tego przedsięwzięcia przesyłam w formie pisanej (niestety – moja niedoskonałość nie zezwala jeszcze na przesył bezpośrednio do mózgu…) i mam nadzieję, że może (zgodnie z sugestiami Rady Głównej Zreformowanych Bytów Niecielesnych), prześlecie to dalej – w celu przemyśleń i ku ukierunkowaniu prac indywidualnych. Albo nie prześlecie, bo i tak zgodnie z późniejszymi sugestiami *Johna, ludzie odbiorą to jako kolejne opowiadanie z cyklu fantasy. Bo tak jest łatwiej i… bezpieczniej. No i nie trzeba nic robić, co jest ulubionym zajęciem znakomitej większości…

Zauważyliście, że ludziom lepiej się gada o niektórych sprawach niż je robi? Co oczywiście nie zmienia faktu, że to oni mają zawsze najwięcej do powiedzenia, w sprawach o których jedynie czytali lub im ktoś opowiedział. Dziwne to i takie (chwilami) irytujące dla kogoś, kto tego słucha… No dobra. Dość tych dygresji, bo popadnę w wątek teorii społeczno – jakiś tam… Wracamy do rzeczy. 

A było to tak:

Wieczorem położyłem się na łóżko w pozycji Małej Bramy – to ta pozycja na śnienie. Jest jeszcze Duża Brama, która służy do, trochę innych celów – wychodzenia z ciała, jak nazwał to ktoś, komu widocznie nie stało fantazji na romantyczniejsze określenie. No, oczywiście nie sposób pominąć przy tej okazji Wielkiej Bramy, która służy do przejścia na stałe, czyli jak to nazywają prostaczkowie – do umarcia.
Całkiem inna sprawa to Blokada – czyli coś, co zapobiega śnieniu i wychodzeniu. Oczywiście, nie oznacza to, że Blokada zapobiega również przejściu przez Wielką Bramę. To by było za dobrze. Może są jeszcze inne bramy (nawet mam dość poważne podejrzenia) ale póki co – dla mnie jeszcze niedostępne. Nazwy „brama” czy „blokada”, nie są jakimiś ogólnie przyjętymi. Po prostu jakoś to musiałem nazwać. Oddaje ona pewien mój ciąg do określania granic rzeczy, chociaż tak naprawdę nie są one tak jasno określone jak mogłoby się to wydawać. Ale o tym później…

Jak zwykle, po krótkim czasie – zasnąłem. W tej pozycji dość łatwo zacząć śnić. Tu, dla niewtajemniczonych wyjaśnienie, że nie chodzi o jakieś tam spanie (jak jaki prostak nie kształcony w sztuce) a świadome, mistrzowskie śnienie. Generalnie, cała zasada wejścia w śnienie polega na tym, że normalny sen zaczynamy śnić świadomie. Po prostu trzeba zdać sobie sprawę, że to już nie jawa i jesteśmy gdzie indziej. Nie jest to łatwe na początku. Potem też różnie bywa z tą świadomością snu. Gdzieś w literaturze opisane są pewnie metody dojścia do tego stanu. Mnie, jak większość rzeczy, które robię z „tych” spraw – przyszło zupełnie naturalnie. Ot, po prostu. Śpiąc, mam prawie zawsze sny. I jak pewnie u każdego są one mniej lub bardziej zwariowane. Mniej lub bardziej przystające do rzeczywistości z jawy. Na początku, ileś tam razy udało mi się zdziwić, że jest tak bez sensu i stwierdzić, że ja to chyba śpię i jest to sen… Zaraz po tym fakcie… budziłem się i potwierdzało to moje przypuszczenia. Jakiś czas po tym, pod wpływem zasłyszanych (a później przeczytanych) informacji, zorientowałem się, że jest to dobry moment do świadomego śnienia. Cała sztuka to było stwierdzić, że się śpi i… nie obudzić się. Śnić sen dalej lecz już ze świadomością tego faktu. No i potem to już można pójść dalej. No, dobra… jak kto chce, to niech sobie poczyta o tym…

Ponieważ zasnąłem z nastawieniem mającym na celu kontakt z Duchami, tak też od razu wyniosło mnie z pensjonatu, nad rozlaną obok wodę, którą to rozlał lud pracujący na polecenie niejakiego towarzysza Władysława Gomułki. Nazwali tę wodę  Zalewem Zegrzyńskim. Nawiasem, duch Władka, podobno znajduje się w takiej specjalnej strefie, gdzie wszystkim dają po równo. I bez gadania…

Tu powinienem powiedzieć kilka słów o moim Duchu Opiekunie – *Johnie. Nazwałem Go tak, nie ze względu na ciągoty anglosaskie czy inne upodobania do tego, co zagraniczne. On po prostu wygląda jak *John. Imię to kojarzy mi się z pewną… szlachetnością pochodzenia. Wiem, że to może dziwne, ale tak już mam. John ma około 50-tki (???) i zawsze jest ubrany tak jak dżentelmen „na luzie”. Nigdy go nie widziałem w stroju zaniedbanym czy wręcz niechlujnym. Nawet ten luz ma pewien sznyt, który od razu ukazuje klasę tego gościa. Przeważnie jest to lekko sportowe ubranie. Ale nie typu „Adidas dla mas” tylko coś, co można spotkać na drogich miejscach Wimbledonu lub wśród widzów golfa. Jest w tym luziku klasa… To samo tyczy zasobu słownictwa, poczucia humoru czy też manier. Z manierami bez przesady, bez jakiegoś Wersalu, ale… czuje się, że to nie jest ktoś kto wysika się w bramie lub będzie dłubał w nosie przy stoliku w kawiarni. Ma spokojny, o miłej modulacji głos. Potrafi być złośliwy, ale jest to złośliwość inteligentna, którą bardzo cenię sobie u innych. Taka bez żółci i zawsze dająca do myślenia. Używana jedynie w celu podkreślenia czegoś. Czasami jednak również po prostu dlatego, że nadarza się okazja do wprowadzenia elementu humorystycznego. *John ma duże poczucie humoru. Jest to o tyle fajne, że ułatwia i nie wprowadza atmosfery „śmiertelnej powagi” jaką preferują wszelkiego typu nudziarze. Bez całego tego zadęcia i oprawy rodem z kiepskiego filmu dla kucharek.

Ogólnie rzecz biorąc, imię *John pasuje jak ulał. Oczywiście w moich kategoriach skojarzeń.

Stoję więc w jakichś szuwarach i zastanawiam się co dalej. Szuwary raczej takie zwykłe, bez cudów. Jestem ni to już w wodzie, ni to jeszcze na brzegu. Jak zwykle mam świadomość, ale… nie mam ciała. To znaczy dokładniej, nie mam jak nie potrzebuje wykonać jakiejś czynności. To tak, jakby po prostu być jedynie wzrokiem, słuchem, czasami węchem (choć bardzo rzadko), dotykiem i (znowu bardzo rzadko) – smakiem. Ciało uzyskuje się wtedy, gdy jest do czegoś potrzebne. Nie jest to jednak jakieś spektakularne. Po prostu, jak potrzebuję coś wziąć w rękę, to mam rękę i biorę. Po tym i przed tym nie mam jakiejś wielkiej świadomości posiadania ciała. Tak jest również z innymi częściami… Poruszam się raczej bez świadomego użycia nóg. To raczej ma wymiar spełnienia woli, przeniesienia się w inne miejsce. Wygodne, bo się buty (chyba!) mniej niszczą… Generalnie, cały stan śnienia jest dość ciekawy. Nie pamiętam, żebym bywał w coś ubrany, żebym miał jakieś specjalne przyrządy czy inne atrybuty mające cokolwiek na celu. Oczywiście, czasami (jak to we śnie) zaczepiam o coś ubraniem i wtedy je mam. Klei mi się podłoga pod nogami i… wtedy mam nogi i buty. Ale to w fazie wstępnej – podczas pierwszych śnień. Później to ustaje i sny robią się bardziej ucywilizowane i „normatywne”. Ponieważ jestem człowiekiem raczej ostrożnym i starającym się przewidzieć konsekwencję, bardzo długo byłem jedynie obserwatorem zdarzeń. Bez aktywnego zaangażowania w wypadki mające miejsce podczas śnienia. Później, po oswojeniu się z sytuacją i opanowaniu pewnych „reguł” pozwalałem sobie na pewne małe akcje, ale raczej w zakresie wąskim i bardzo ostrożnym. Przykładowo, brałem do ręki drobne przedmioty i odkładałem je na miejsce, czy też poruszałem się po pomieszczeniu.

Na razie usilnie staram się nie formułować specjalnych myśli, żeby mnie nie przeniosło niechcący do knajpy (mam inklinacje) lub innego przybytku rozpusty. Z tym myśleniem trzeba uważać bo ostatnio, z racji natręctwa myślowego, spędziłem całą noc, śniąc przy stoliku do pokera. Pomogłem nawet jednej młodej damie wygrać trochę żetonów, ale z racji mojej bezcielesności i mimo moich wielkich chęci – finalizacji tej znajomości nie było. No bo niby czym…

Stoję więc i po prostu jestem w tych trzcinach… tak z 5 minut… Oczywiście, o ile w ogóle można tu mówić o jakichś „minutach”…

Zaszurało nagle, zachwiało badylkami i już miałem nadzieję, że wreszcie coś się zadzieje. Niestety, to tylko kaczor. Taki fajny – kolorowy, robiący dużo hałasu wieczorami i rano… Jeden z tych co za dnia pływają sobie ze swoimi wybrankami po wodzie. W zasadzie, chyba bez specjalnego celu… Przynajmniej z perspektywy gapia. Kaczor spojrzał ma mnie, zatrzepotał piórami i ku mojemu zaskoczeniu rzekł skrzekliwie:

– Ty tu kochany będziesz tak długo sterczał?

– E… no… – nie bardzo wiedziałem jak zareagować, bo nigdy mi się jeszcze nie zdarzyło aby cokolwiek do mnie przemówiło w trakcie śnienia. Ani żywe, ani tym bardziej nieżywe. Oczywiście, oprócz mojego *Johna.

– Bo wiesz – dodał – ja tu zaraz mam spotkanie z jedną taką samicą. Ona za Starym Portem mieszka – wyjaśnił i dodał – spłoszysz człowieku mi ją jeszcze i całe zaloty na nic. A tu pora najwyższa młode kombinować, bo zima była długa i trzeba nadgonić – tu, jakby z zażenowaniem pogrzebał nóżką w błotku.

Jako, że pierwsze zaskoczenie minęło, odezwałem się już pewniej:

– Przepraszam za kłopot, ale ja śnię i w zasadzie to chciałem trochę pogadać ze swoim duchem. Mam kilka ważnych spraw do niego – dodałem, żeby nie pomyślał sobie, że ja tak tylko, z czystej chęci pogadania zakłócam…

– Widzę, widzę że śnisz… – pokiwał fioletowym łebkiem, który w świetle księżyca mienił się i opalizował – inaczej przecież nie da rady z wami się dogadać – dodał, jakby z lekką przyganą w głosie.

Chciałem zaprotestować, że przecież nie ze wszystkimi, że ja to inaczej… ale nie dał mi dojść do głosu.

– Musisz przelecieć do Starego Portu. Oni tam często się pokazują. Różni tacy… Czasami niezłe czuby, więc uważaj, bo to nie wiadomo co takiemu może odbić – dodał
– A teraz idź już kochany, bo z Tobą to ja młodych mieć nie będę… A mus to mus… wiesz jak jest. Imperatyw taki genetyczny. A do tego mnie jeszcze noga boli, bo nadepnąłem na rozbitą butelkę – kaczor westchnął przeciągle i machnął kilka razy skrzydłem, jakby w geście zachęcenia mnie do odejścia.

Pomyślałem o Starym Porcie, choć przyznam, że pojęcia nie miałem gdzie się znajduje ani nawet, że w ogóle istnieje, i… już stałem na kołyszącym się lekko szczerbatym, drewnianym molo. To się nazywa komunikacja!

Acha! Jedna ważna uwaga.
Ten Stary Port ukazuje się jedynie podczas śnienia lub wyjścia poza ciało! Sprawdziłem. Nawet trochę próbowałem poszukać jakichś śladów za dnia i nocą, ale… nic. Tak normalnie, to tam nic specjalnego nie ma. Po prostu zatoczka i tyle. Piszę to, żeby zapobiec ewentualnym wycieczkom, w celu odwiedzenia tego miejsca. Za dnia czy w nocy, nie ma sensu szukać a czy podczas śnienia inni też będą mogli zobaczyć Stary Port – tego nie wiem. Może to sprawa indywidualna. A może nie…

Miejsce to wygląda dość malowniczo i… tajemnie. Mała zatoka poprzecinana jest wieloma pomostami. Drewniane, metalowe, bądź konstrukcje mieszane. Raczej dość zaniedbane i niezbyt nadające się do spacerowania w normalnej formie cielesnej. Ale chyba nawet nie ma takiej opcji – więc jakby bezpiecznie. Do tych pomostów, ciągnących się od nabrzeża, przycumowane są bardzo stare na oko, jednostki pływające. Z tym, że określenie „pływające” to raczej takie określenie konstrukcji a nie obecnych możliwości… Nikt chyba by nie odważył się wypłynąć którymkolwiek z tych eksponatów. W każdym razie, ja na pewno nie. Jest ich kilkadziesiąt. Od całkiem niewielkich jachtów, z podartymi żaglami, poprzez kilkunastometrowe stateczki o przeznaczeniu i napędzie mi nieznanym, aż do dość sporego statku dwupokładowego, jakie można było spotkać jedynie na rzekach w Ameryce Południowej – w dziewiętnastym wieku. Generalnie, są raczej zapuszczone, ale nie tym sposobem jaki może powstać na skutek niechlujstwa czy wandalizmu. Stan ten kojarzy się raczej z upływem czasu i niszczeniem naturalnym. Całość stoi na przestrzeni niewielkiej, tak że prawie lub faktycznie, stykają się ze sobą. Pomiędzy niektórymi przeciągnięte są trapy bądź szerokie deski. Z dołu do góry lub na podobnym poziomie, w zależności od tego jakie jednostki stoją obok siebie. Tworzą w ten sposób wymarłe… miasteczko, o dość specyficznej panoramie. Porównanie z miasteczkiem jest tutaj chyba dość subiektywne, bo w zasadzie nie ma to formy „miejskiej”. Bezładna (tak mi się zdaje) zbieranina o bardzo malowniczym kolorycie. Tym niemniej, gdyby ktoś chciał tu zamieszkać, to wydaje mi się, że można by spokojnie tu żyć, poruszając się po tym labiryncie. Dodatkową ciekawostką jest to, że tak naprawdę nie da rady określić pory dnia, jaka tu panuje. Raczej ciemnawo, lecz istnieje jakieś światło, bo cała panorama jak na dłoni. Trochę tak, jakoś nie do sprecyzowania. Widać wszystko, z najdrobniejszymi szczegółami, choć niezidentyfikowane oświetlenie nie jest takim zjawiskiem, jakie dałoby zachodzące słońce, księżyc w pełni czy jakiegoś typu światło sztuczne. Ani ciemno ani jasno. Myślę, że właśnie tak to powinno wyglądać jak wygląda – według mojego wyobrażenia pewnej tajemniczości i jakiegoś ostatecznego spokoju…

Stateczki poskrzypują, pojękują i wydają wiele niezidentyfikowanych odgłosów w rytm niewielkiej fali, która kołysze sennie wszystkim tym, co na wodzie. Liny i fragmenty takielunku, resztki żagli czy inne stosowne akcesoria też ulegają ogólnemu rytmowi fal. Poza Portem widać zarośla, drzewa i jakieś stare konstrukcje nabrzeżne. Mgła zatrzymuje wzrok kilkaset metrów dalej. Mimo tej mgły, nie odczuwam wilgoci czy zimna. Jest… neutralnie. Ani ciepło ani zimno…Raczej cicho, nie licząc naturalnych niejako, odgłosów portu.

Tak więc, stoję sobie i… za bardzo nie wiem co dalej.

I tu, niestety stare nawyki wzięły (pewnie z braku konkretnego zajęcia) górę. Mimo nowego doświadczenia, jakim było całe to otoczenie, myśl pobłądziła w strefy dla mnie miłe ale całkiem nieprzydatne dla potrzeb naszego śledztwa. Trochę mi wstyd… Wylądowałem przy barze z całkiem fajnymi laskami… Jest to o tyle bez sensu, że to moje – co sobie popatrzę. W tym stanie to nie da rady nic ponad „popatrzeć”. No ale „na bezpticzy i żopa sołowiej” – jak mawiają radzieccy, co w wolnym tłumaczeniu oznacza mniej więcej, że gdzie nie ma ptaków to i dupa może robić za słowika…

Przy najbliższej okazji, przejdę znów przez Małą Bramę i postaram się o kontynuację rozpoczętego dzieła. Obiecuję większą dyscyplinę myślową…

(Za jakiś czas…)

Minęły dwa dni od mojego ostatniego śnienia. Nie wiem dlaczego, ale z jakichś powodów nie mogłem przekroczyć Małej Bramy. Owszem, śniły mi się różne rzeczy, ale jak wiesz nie chodzi o to, żeby się śniło ale żeby śnić świadomie. Może te panienki przy barze, którym sekundowałem do rana tak wpłynęły na mnie… Może brak nadwyżki energii… Dość, że dopiero dzisiaj w nocy znowu tam byłem. Tym razem już od razu w Starym Porcie, co jest dość ciekawe, ponieważ daje pewną myśl o jakiejś kontynuacji śnienia. Raczej nie zdarzało mi się do tej pory dzień po dniu uzyskać takiego zjawiska. Przynajmniej nie pamiętam, żebym kiedykolwiek znalazł się od początku śnienia w momencie jego zakończenia poprzednim razem. Coś nowego. Starałem się tym nie ekscytować jednak, ponieważ jest to najprostsza droga do… obudzenia się. A nie o to przecież chodzi.

Tak więc jestem z powrotem w Starym Porcie. Wiem, że śpię i… że śnię. Normalnie, to po wstępnej fazie śnienia, gdy wszystko jawi się jako różne mniej lub bardziej sensowne obrazy, zaczyna się faza druga – przystosowanie do normalnego postrzegania. Jednym słowem z tej plątaniny ciągów energetycznych krystalizują się konkretne przedmioty, nabierając kształtów i przeważnie kolorów. Z tym ostatnim nie zawsze jednak wychodzi. Bywa, że niektóre przedmioty pozostają czarno – białe lub.. półprzezroczyste. Bywa nawet, że wszystko, ale to rzadko i z niewyjaśnionych mi powodów. Może to wtedy, gdy mam zbyt mało energii… No i zawsze, w zasięgu wzroku, jest gdzieś on – czyli *John. Z nim miewam kontakty od bardzo dawna. Początkowo w tak zwanym świecie realnym, jak określa się wszystko to, co na jawie. Potem już, po uzyskaniu innych możliwości w świecie… no właśnie… wypadałoby napisać „nierealnym”. Jest to jednak określenie wprowadzające w błąd, ponieważ ten drugi świat jest również (i to jak najbardziej) realny. Nie nazwę go więc wcale, bo ani „alternatywny” ani „równoległy” nie oddaje rzeczywistej sytuacji. To jest ten sam świat i niech na razie takie wyjaśnienie (choć oczywiście niewystarczające) zostanie. O moich Wcześniejszych kontaktach z *Johnem opowiem może później.

Stoję tak więc i gapię się dokoła, mając nadzieję na to, że kacza wskazówka nie zawiedzie i w końcu coś się pojawi. Faktycznie, po pewnym czasie spod pomostu, na którym stałem wylazł szczur wodny. Nawet taki dość wypasiony. Wytrząsnął z szarego, nastroszonego futerka wodę, łapkami przygładził włoski na łebku i otaksował mnie uważnym spojrzeniem. Niby szczur jak szczur. Może trochę dorodniejszy. Jednak oczy miał fosforyzująco – niebieskie. Nie wiem jakie oczy ma normalnie szczur wodny, ale mógłbym się założyć, że na pewno nie takie. Poczułem, że coś się zaczyna… No to… do dzieła Piotrze.

– Przepraszam bardzo – zagaiłem jak najuprzejmiej – czy może mi pan służyć pomocą?

Forma „pan” narzuciła mi się jakoś naturalnie, choć nie wiem czy byłbym w stanie odróżnić z tej odległości samca od samicy.

Szczur przekrzywił łepek, zamarł i… uciekł pod pomost.

Z plecami usłyszałem wybuch śmiechu. Odwróciłem się gwałtownie, wystraszony i spięty. Na burcie łódki, która kołysała się opodal siedział mój stary znajomy *John… i ryczał ze śmiechu, zalewając się łzami… Zajęło mu jakiś czas, zanim się opanował, wytarł chustką w kratę oczy i wydmuchał nos…

– Aleś pan wygrzeczniał od ostatniego razu – zaczął niby ze zdziwieniem – ale chyba przesada z tymi manierami, mój drogi – tu znowu podejrzanie zatrzęsło nim lekko.

– No, bo… myślałem,… a kto to był? – zapytałem w końcu z zażenowaniem.

– Nie kto a co. Szczur. Wodny dla pańskiego ułatwienia – widać, że humor go nie opuszczał. Mimo półmroku widziałem, że gęba mu się cieszy. Radosnym głosem dodał, aby mnie pogrążyć:

– Dowcip z kaczorem wydał owoce – tu znów zarechotał.

Poczułem się lekko głupio. No tak… Fajnie… Chyba ktoś tu sobie zakpił ze mnie w ramach „Witamy w naszym świecie”…

– To znaczy, że nie było żadnego kaczora? – spytałem lekko urażonym tonem.

– W zasadzie to był tyle, że nie gadający… ale dobrze ci szło. Czekałem aż mu zaproponujesz trójkąt z ta kaczuszką – śmiech zabulgotał znowu – Gadające kaczory, szczury przewodniki, nieźle, całkiem nieźle. Czy ci się zupełnie pogorszyło, chłopie?

– Dobra, dałem się nabrać – odburknąłem, ale przecież wiesz, że ja tu jeszcze nie za bardzo… mam orientację – zauważyłem na usprawiedliwienie.

– Już ci kiedyś mówiłem. Koń to koń, kaczka to kaczka. I nie ma się co spodziewać, że mają jakieś nadprzyrodzone właściwości… – pokiwał głową niby to z ubolewaniem.

– Ale ten kaczor… –  nie dał mi dokończyć.

– Sztuczka z głosem i trochę twojej autosugestii – Ot i wszystko… Ale ze szczurem, to już twoja inicjatywa… – uśmiechnął się zjadliwie.

Pewnie, łatwo powiedzieć. Moje kontakty z tamtą rzeczywistością były zawsze dość ograniczone i dość ostrożne. Pierwszy raz poważyłem się celowo, na opuszczenie pomieszczenia lub strefy, w której śniłem. Zawsze śniłem „biernie” pozostawiając sobie jedynie rolę obserwatora. Ale faktycznie, trochę zaleciało Disneylandem…

– No już dobra. Wiem, co cię tu sprowadza – powiedział z lekkim zamyśleniem i na poważnie – Proste pytanie. Tylko nie wiem, czy odpowiedź będzie taka prosta – dodał, ale zaraz się uśmiechnął – po starej znajomości załatwiłem ci pozwolenie na… no, nazwijmy to przegląd sytuacji. Tylko pamiętaj, żadnej samowolki i… ostrożnie. To dziwne towarzystwo i… nie do końca przewidywalne – dodał podnosząc wskazujący palec.

– Załatwiłeś pozwolenie? – trochę to brzmiało urzędowo i zupełnie nieadekwatnie do sytuacji.

– Oczywiście – odparł, jakby z lekkim zdziwieniem – a co myślałeś, że tu to tak sobie można „jak kto chce”? – zapytał – niezły bałagan byś tu chciał wprowadzić. Dobra organizacja to podstawa sukcesu. Nawet tu – uśmiechnął się – Ale o tym może kiedy indziej, bo teraz mamy co innego do roboty – zakończył temat.

Ruszył wzdłuż pomostu, w kierunku dwupokładowca. Ja posłusznie za nim. Ogarnęło mnie dziwne uczucie czegoś nie do końca określonego. Ni to obawa, ni to ciekawość…

Czułem, że przede mną coś nadzwyczajnego, co muszę przeżyć. Z drugiej strony… no, nie oszukujmy się – bohaterowie to fajnie wyglądają na filmach, ale jak samemu człowiek stanie w sytuacji nietypowej, to się lekko łyso robi… Miałem pełne zaufanie do *Johna, ale to tak trochę jak ze skokiem na tej gumowej linie – z mostu. Niby wiadomo, że niebezpieczeństwa nie ma i można mieć pełną ufność do całego tego przedsięwzięcia, ale jak skakałem (jeden raz w życiu), to… ciężko to opisać. Strach to nie jest dobre słowo. To gdzieś znacznie głębiej. Gdzieś przy samych genach… Trzeba samemu skoczyć – wtedy się zrozumie.

No i tak samo było teraz. Tyle, że strach nie taki. Raczej pewna obawa…

Doszliśmy po chybotliwym trapie do tego dużego dwupokładowca. Wbrew moim oczekiwaniom, Wszystko – trap, powiew wiatru czy poręcz statku, odczuwałem jak na jawie. Trochę mnie to zdziwiło, więc zaczepiłem *Johna jeszcze przed wejściem na pokład.

– Jak to jest, że czuje materię mimo, że przecież wiem iż to raczej pewnego rodzaju… no… fantom – starałem się dobrać słowa tak, aby nie urazić *Johna niezręcznym określeniem.

– A… to kwestia… po waszemu będzie… gęstości energii. Trochę to wszystko przystosowane na tę okazję, i… trochę niewygodne dla nas. Ale chodziło mi o to abyś czuł się tu w miarę normalnie, pod względem… no… realizmu otoczenia. Teraz jesteś obiektem znacznie subtelniejszym niż na jawie. Zakres gęstości otoczenia jest podobny… Albo inaczej – dodał jakby z namysłem – wyobraź sobie normalny port, tylko powiedzmy milion razy „rzadszy” – odwrócił się i spojrzał na mnie. Chyba w celu zorientowania się czy coś z tego łapię.

– Chyba raczej kwestia gęstości materii a nie energii – spytałem, rozumiejąc ogólną myśl.

– Na jedno wychodzi. Zapomniałem, że u was jeszcze fizyka jakby przedszkolna Bardziej to religia niż nauka, ale… – machnął ręką – Zostaw to. Ja będę się starał dopasować do waszych pojęć. Tak będzie łatwiej.

– No dobra, to zrozumiałem. Ale dlaczego akurat port? – kolejna sprawa, które mnie zaciekawiła.

Przewrócił oczyma i jakby z litością odpowiedział:

– Człowieku, przecież to twoja robota. Ja specjalnie to zrobiłem pod twoje wyobrażenia – uśmiechnął się lekko – dla mnie najlepsza byłaby taka wycieczka bez jakiejkolwiek formy – dodał – to jedynie ukłon dla twojego mózgu. Żeby nie zgłupiał… rozumiesz?

Rozumiałem.

– Czyli taki show na użytek mojej mentalności i doświadczeń – zapytałem.

– Dokładnie tak. Przecież i mój wygląd i zakres słów, ba – nawet poczucie humoru i inteligencję dopasowałem do możliwie równego poziomu – ukłonił się lekko jak autor dzieła – Inaczej nic z tego by nie wyszło. Tutaj nikomu nie potrzeba żadnych form czy innych atrybutów karmiących zmysły. Acha… i powtórzę jeszcze raz – dodał na zakończenie – wszystko to, co zobaczysz, usłyszysz, poczujesz i tak dalej, to tylko pewna forma ułatwienia kontaktu. Normalnie to jest  jedynie dość subtelna energia. Bez tych całych zmysłów. Bez tej ograniczającej klatki. No już chodź…

Chciałem pociągnąć ten temat, ale on już odwrócił się, otworzył żelazne drzwi w nadbudówce za trapem i skinął dłonią, abym poszedł za nim… Podszedłem. Za drzwiami było czarno.
Zacisnąłem zęby i… zanurzyłem się w tę ciemność .

Kiedyś tam wrócę i poprowadzę dalej moje śledztwo.