W związku z tym, że kiedyś jedna z moich respondentek zapytała mnie ile mam lat – odpowiadam. Oczywiście nie wprost i w formie oczekiwanej (cyfrowej) ale tak trochę na myślenie…

W roku moich urodzin, „komuna” miała się jeszcze dobrze – w przeciwieństwie do reszty. Od tej pory zmieniło się tyle, że teraz mamy faktycznie po równo. To znaczy komuna zdechła a my podążamy żwawo w tym samym kierunku, wśród akompaniamentu wolnościowych haseł i bez „Ojczyznę wolną, racz nam zwrócić Panie…” Raczył zwrócić, więc nie ma powodu.

Z dorobku znaczącego (majątek trwały – ruchomy), posiadam jedną Wierną (…) Małżonkę i dwie Córcie – te ostatnie, jak wieść gminna niesie, wykonałem osobiście. No i psa. Dzieci wyrosły zdrowe, może dlatego, że ich nie bijałem. Małżonkę rzadko i jedynie w okresie postu. A to ze względu, że zawsze się robię nerwowy, wtedy, gdy podlegam nieuzasadnionej reglamentacji. Już od małego nie potrafiłem zrozumieć, dlaczego nie dostawałem cukierków jedynie dlatego, że Żydzi wydali na zatracenie jednego ze swoich. I to z przyczyn (do dzisiaj) bardzo mętnych…

(Nawiasem mówiąc Chrystus nie zginął w szczególny sposób. Krzyżowanie był wtedy metodą powszechną. Zresztą, co by to było, gdyby dla przykładu, Go utopili? Co by nosił Ojciec Dyrektor na szyi? Bańkę z wodą !!!???)

Ale wracając.
Dość długo pracowałem w firmie państwowej, orając jak radziecka na trasie. Z tym, że bardziej głową a mniej dupą. No i z mniejszym zyskiem. A orałem, bo umiałem robić rzeczy, o których moi przełożeni (i ich przełożeni) mogli sobie jedynie pogadać lub poczytać w przemyconych, zachodnich periodykach z zakresu nowoczesnych technologii półprzewodnikowych… Do dziś, jak widzę obiekt „UNITRA”, to mam atawistyczny odruch przeżegnania się ze zgrozy…

Potem wziąłem „swój los w swoje ręce” – co było później natchnieniem dla hasła wyborczego jednego z zawodowych obiecaczy… Los w swoich rękach trzymam do dzisiaj, choć osobiście wolałbym oddać komuś w zarządzanie… Znudziło mi się i wcale to nie takie znowu WOW!!! – że podążę za obowiązującą polszczyzną… Przereklamowane, jak wszystko w tym kraju. Pomagałem Lechowi miękko wylądować na fotelu prezydenta, co owocowało nie całkiem miękkim kontaktem z ówczesnym aparatem ucisku – obecnie Policja. W pianinie (a co…) przechowywałem „bibułę”, co stanowiło fenomen konspiracyjny, rodem ze snu wariata. Łykałem gaz łzawiący, konspiracyjną wódkę, nowe hasła i Jutrzenkę Wolności. Od części tych specjałów dostałem niezłych torsji… Jako jeden z nielicznych, tuż po stanie wojennym (wcześniej nie wypadało) – WYPISAŁEM się z Solidarności. Zawsze mnie denerwowało złodziejstwo, obskurantyzm umysłowy i bezczelność nuworyszów. Zresztą, do dziś niewiele się w tej materii pozmieniało…

Ile zarobiłem i ile wydałem? Nie wiem. W każdym razie w czasach „komuny” wydawałem więcej niż zarabiałem. Obecnie wręcz przeciwnie. Chyba zapotrzebowanie jakoś mi spadło, czy co.

Obecnie jestem (od 5 miesięcy) dziadkiem. Napawa mnie to dużą radością. I kiedy siedzę przy tym małym cwaniaczku (po kim on to ma… he, he, he…), czuję jak rozpuszcza mi się pancerz, którym obrosłem przez te wszystkie lata, jako część pokolenia doświadczalnego.

Może jest jeszcze nadzieja, że kiedyś i ja będę NORMALNY…

Oczywiście O ILE, TO NORMY SIĘ ZMIENIĄ.
Bo ja to już chyba niewiele…