kartki żywnościowe

PIERWSZY ODCINEK:
DONDEROWIE Sp. z o.o.

JAK BABCIA PAPRACZKA HITLERA OBALAŁA

Muszę zacząć od ważnej dygresji.

Babcia, Felicja Donder, bo o niej (między innymi będzie) dorobiła się ksywki „Papraczka” dużo później, niż działa się historia, którą tu opiszę. Tak, ze 35. lat później.

Moja córeczka – zabijcie, ale nie wiem która – jak się pierwszy raz dowiedziała, że ma prababcie, bardzo chciała się, tym faktem, wszystkim pochwalić. Niestety, ze względu na młody wiek, nie bardzo umiała zarejestrować słowo „prababcia” i widocznie wygodniej (fajniej?) było jej ochrzcić Babcię Felicje pseudonimem „Papraczka”.

No, i tak już zostało.
My (dorośli) przejęliśmy ten zwyczaj od córci – do dziś, zresztą – jak czasami Ją wspominamy.

Koniec dygresji.

Wróćmy do niełatwych czasów okupacji.

Okupacji w Poznaniu, bo stamtąd pochodzi moja familia.

Jak się pewnie domyślacie – nie przelewało się.
Mimo, iż mój Dziadek (Józef Donder) był muzykiem operowym, Niemcy woleli kasę łożyć na wysiłek militarny a nie na jakieś rozrywki wątpliwej przydatności.
Zatem pensja Dziadka, była adekwatna do czasów.

W trzecim roku okupacji, jak już wszyscy mieli dość Niemców, Babcia Papraczka wpadła na (pozornie genialny) pomysł, jak tu Hitlerowi dołożyć.
Oczywiście, na miarę swoich możliwości.

Dziadek Donder do partyzantki raczej się nie kwalifikował – jako muzyk operowy.

Owszem, grał na kajser-tubie, na tubie, na waltorni, fortepianie i skrzypcach.
Tyle, że żaden z tych instrumentów nie przedstawiał żadnej wartości bojowej.

Poza tym, w poznańskim partyzantka była bardzo szczątkowa, bo Niemcy zabronili, a jak wiadomo, poznaniacy to naród zdyscyplinowany, tak że sami wiecie…

Tak więc, cały trud knucia przeciw Hitlerowi spadł na wątłe barki Babci Papraczki, która ze względu na słabą konstrukcję fizyczną, też wielkiej wartości bojowej nie przedstawiała.

Ale miała mózg!

No, i tym mózgiem, przy akompaniamencie przychylnych pomruków reszty rodziny (2+2) wymyśliła, że będą podrabiali kartki żywnościowe.

Oczywiście, kierował Babcią czysty patriotyzm, bo jak łatwo przewidzieć, co zjedzą Donderowie, tego na pewno nie zje niemiecki żołnierz, na froncie. Logika zacna i nawet jeżeli zalatująca lekką lipą, to jednak wystarczająca do tego, żeby produkcja ruszyła.

Znowu dygresja.

Młodzi pewnie nie uwierzą, ale za okupacji nie było drukarek.

Ba, komputerów też nie było!

Tak więc, cały przemysł Donderów, służący do osłabiania niemieckiej gospodarki, trzeba było postawić na urządzeniach dość siermiężnych i gwarantujących wielogodzinną dłubaninę.

Ale, jak wiadomo – Polak potrafi!

A pod okupacją – potrafi jeszcze bardziej!

Koniec dygresji.

Jak w normalnej rodzinie, tak i u Donderów, produkcją zajęła się męska część rodu. Babcia handlowała tymi kartkami na rynku. „Rynek” to taka poznańska nazwa dla bazaru.

W Krakowie dzieci morusają się na polu, a w Poznaniu, gospodynie wydają bejmy na rynku.
To proste.

Ponieważ liczba najedzonych i głodnych, na świecie, jest zawsze taka sama, tak więc, im bardziej głodowali Niemcy w okopach, tym bardziej mój Tata i mój Wujek robili się bardziej… jakby tu powiedzieć… mało okupacyjni – biorąc pod uwagę kształty i (co za tym idzie) ogólną urodę.

Szedł ten przemysł czas jakiś…
Ale, jak wiadomo wszystkim, „miłe złego początki a koniec żałosny” i pewnego dnia dwóch policjantów, w towarzystwie cywila, zwinęło babcię z rynku na komisariat.

No, i zaczął się bal…

Babcia wykręcała się tym, że kupiła te kartki na rynku, ale przedstawiciele władzy jakoś byli małej wiary i…

Zgroza padła na Donderów, bo Babcię zamknęli w areszcie i postawili jej zarzuty.

Dziadek uratował chudą dupinę Babci, bo złapówkował kogoś tam, a ten ktoś to ho, ho, ho – podobno mógł wiele. Mógł czy nie mógł, sąd wymierzył (dość niską) karę – 6. miesięcy więzienia. To był dobry wynik, bo za takie zabawy można było trafić do obozu koncentracyjnego.

Babcie zamknęli w twierdzy poznańskiej.

Wprawdzie na styropianie z nikim ważnym nie spała, ale jednak rys martyrologiczno-kombatancki (no, w pewnym sensie) Donderowie, w swojej historii, mają.

Jak Babcia garowała pod celą, podobno Dziadek całymi godzinami grał, w domu, na waltorni. Nie wiem, może tak rozładowywał napięcie seksualne.

Mój Ojciec zawsze mówił, że właśnie przez to granie Dziadka zaczął łysieć, już za młodu.

Dość, że jak Babcię wypuścili, to odetchnęła cała kamienica.

Wieść głosi, że wszyscy spili się okrutnie.

Czego i Wam życzę – amen