wojna

DRUGI ODCINEK:
DONDEROWIE Sp. z o.o.

KOT A’LA WEHRMACHT

Miasto Poznań, Niemcy opuszczali dość niechętnie.
No, dość na tym, że walki o miasto, i okolice, trwały około miesiąca.

Dalsza część historii, pod wspólnym tytułem „Donderowie Sp. z o. o.”, będzie rozgrywała się właśnie w tym czasie.

Jako, że moi Dziadkowie (z męskim przychówkiem – szt. 2) mieszkali w centrum Poznania, owo wyzwalanie dotyczyło ich tym bardziej. Dotyczyło na tyle, że większą część czasu walk, wraz z sąsiadami kamienicy przy ulicy Ratajczaka 32, spędzili w piwnicy. Jako, że strzelali wszyscy, wszystkim i ze wszystkich stron, siedzenie w domu nie było najlepszym pomysłem.

Tak więc, rada starszych zdecydowała, że na czas pewnych niedogodności wojennych, przeprowadzą się wszyscy w katakumby budynku.

Jak postanowili, tak zrobili.

Nazbierali pyrów, nagotowali ajntopu, za resztę bejmów nakupowali chabasu i…

Czekamy na Ruskich!

Ruscy mieli zjawić się niebawem. Ludzie liczyli, że tydzień góra. Tyle, że Ruscy chyba nic o tym nie wiedzieli i jakoś się to wszystko przedłużało. Niemcy też wzięli sobie do serca ten Poznań, bo walczyli jak o swoje.

I tak, minął pierwszy tydzień.

Potem drugi…

Pyry zeżarte, po ajntopie nawet śladu, chabas – liryczne wspomnienia.
Dzieciaki gęby drą z głodu, starsi jeszcze nadrabiają minami, ale też zaczyna być kiepsko.
Ruscy najedzeni, to jakoś im niezbyt pilno.

Generalnie – lipa!

Od czasu, do czasu ktoś zdesperowany wyrwie się na górę, ale wiele to tam nie zostało.
Na ulicę strach wyjść, mimo iż kamienicę naprzeciwko zajmowali Węgrzy, a oni do cywilów nie strzelali. Ale cały czas jakieś żelastwo, różnego kalibru, latało w powietrzu. Strach łeb wychylić.

Ludzie siedzieli, dzieci ryczały, wojsko strzelało, żołądki burczały.

Ojciec opowiadał, że był taki głodny, że aż mu się ciemno, chwilami, robiło przed oczami. Jedynie ćmików (papierosów) było pod dostatkiem, ponieważ jeden sąsiad akurat kupił zapas, po niskiej cenie, od Węgrów.

Zresztą, Węgrzy to oddzielna historia.

Był wczesny wieczór…

Nagle, gdzieś bardzo blisko eksplodował pocisk, wystrzelony, anieli wiedzą przez kogo. Na początku nic to nie zmieniło, ale po chwili…

To była bardzo szczęśliwa detonacja.

Podmuch zabił bezpańskiego kota, który szedł ulicą w swoich interesach.

Zabił go bardzo korzystnie, bo kot spadł tuż przed okienko piwnicy, w której bawili mieszkańcy kamienicy.

Teraz będzie dla twardzieli.

Żeby nie było, że nie ostrzegałem!

W filmie „Kingsize”, jeden z członków elit zamawia, w barze, „muchę na słodko”.

Może być „mucha na słodko” to i może być „kot a’la Wehrmacht”!

Starsi ustalili, że kota to się oprawi ze skóry, podzieli na kawałeczki, ugotuje i da się tym najmłodszym, po ociupince.

Tak zrobili.

Dygresja.

Mój Tata się nie załapał, bo był za stary. Miał 14 lat.
Ile razy nam to opowiadał (może ze trzy razy), tyle razy miał na twarzy wyraz smutku i zawodu.
Jakby tam, na powrót, był.
Mimo, że od tamtych czasów upłynęło kilkadziesiąt lat. Podczas opowiadania miał oczy wbite w pustkę, głos zrezygnowany i tylko brakowało, żeby mu ślina po brodzie ciekła.

Taka, wojenna trauma Józefa (juniora) Dondera.

Za ostatnim razem (ze dwanaście lat temu) po tej wstrząsającej, gastronomicznie, opowieści, mój brat (Maurycy) nawet Tacie zaproponował:

– Tata, to może my z Adrianem (ja) złapiemy jakiegoś bezpańskiego kota i go ugotujemy. Nie będzie się musiał tata z nikim dzielić.

Cały kot dla taty!

Taki był wkład mojego brata w leczenie wojennej traumy Ojca.

Tata wypowiedział się dość obcesowo na temat stanu umysłowego swoich synów, ale już pod koniec monologu śmiał się razem z nami.

Koniec dygresji.

W końcu Ruscy przyszli.
Najlepiej to skomentowała niejaka Szłapkowa – sąsiadka z trzeciego piętra.

Kobieta doświadczona, bo przeżyła Pierwszą Wojnę Światową i kilka pomniejszych zatargów międzynarodowych.

– No, Fela trzeba się schować. Na podwórku są już Ruscy, to teraz wszystkich nas będą chcieli wyruchać.

I nie chodziło jej o zjawiska polityczne, społeczne czy gospodarcze.

Biorąc pod uwagę, że sąsiadka miała wtedy tak ze 65. lat, potwierdziła tym samym starą prawdę, która mówi, że nadzieja umiera ostatnia.

P.S.
Jak potoczyły się dalsze losy wyzwolonych i dlaczego umiejętność gry na fortepianie może być przyczynkiem do utraty życia, będzie w następnym odcinku.

Kiedyś.