granica

Niejaki Kurski, robiący za końcówkę wykonawczą partii PiS w TVP, zafundował gawiedzi kolejny spektakl z cyklu „Polska to dziwny kraj”.

Chodzi mi o uroczysty koncert dziękczynny, zorganizowany dla naszych żołnierzy z okazji tego, że raczyli udać się na granicę i poprzepychać się trochę z amatorami naszego, polskiego dobrobytu.

Korzystając z okazji, chciałbym podziękować:
1. Kierowcy autobusu, który zawiózł mnie, spod domu, do metra.
2. Panience, która, w sklepie, sprzedała mi drożdżówkę.
3. Motorniczemu metra, że dostarczył mnie na pożądaną stację.
4. Pani z kiosku, że w ogóle, jej się chciało…

Powiecie, że przesadzam z tymi podziękowaniami. Przecież oni za to biorą pensję i sami (przeważnie) wybrali sobie taki fach.

Dla niezorientowanych, spieszę z informacją, że żołnierze też sami sobie taki fach wybrali i też otrzymują, za to, pensję, premie, dodatki, gaciowe oraz kilka (pomniejszych) gratyfikacji.

Skąd zatem cała ta, dziękczynna, zadyma?

Zrozumiałbym, gdyby naszych granic bronili, przez ostatnie kilka miesięcy, listonosze. No, wtedy, proszę bardzo!
Ani do tego nie predysponowani fizycznie, ani technicznie czy logistycznie. A za wyposażenie jedynie torba.
A jednak!
Poszli na granicę i (nie bacząc na niedogodności), bronili!
Tak, listonoszom należałby się taki koncert i wszelkie wyrazy wdzięczności.

Jeżeli ktoś idzie do Straży Pożarnej, to musi się liczyć z tym, że się może oparzyć.

Jeżeli ktoś idzie na medycynę, to musi się liczyć z tym, że spotka, na swojej drodze zawodowej, chorego.

Jeżeli ktoś idzie do wojska, to musi się liczyć z tym, że po latach opierdalania się, pójdzie na…
Chciałem napisać „wojnę”, ale nie przesadzajmy.

No, w każdym razie, że będzie musiał ruszyć dupę z koszar i się jakoś wykazać militarnie. Chociaż słowo „militarnie”, w kontekście przepychanek na granicy, to spore nadużycie.

Nie umniejszam tu roli wojska, jako takiego.

Tylko, skoro trzeba fetować to, że robią swoją naturalną (i opłaconą) robotę – należy również uhonorować pozostałych, pracujących obywateli.

Patrz:

kierowca autobusu, panienka za ladą, koleś z metra czy pani kioskarka.

Żałuję jedynie, że moja Szefowa nie przeczyta tego wpisu.
Za to, że chce mi się przyjść do roboty i zrobić cokolwiek, też można by mnie jakoś uhonorować – oprócz wynagrodzenia.

Oczywiście, nie z takim rozmachem jak u Kurskiego, nie.

„…znaj proporcjum, mocium panie…”

Ale, przykładowo, jakaś mała kapela cygańska, pod oknem…

„…ore ore szabadabada amore…”

No, byłoby miło.

P.S.
Jedyny plus dodatni z tego, kurskiego (z małej litery, bo to przymiotnik) koncertu, jest taki, że był to koncert integracyjny. Obok dość normalnych ludzi, dano wystąpić również tym, lekko (?) odstającym intelektualnie – w ramach akcji „Równe szanse”.

A to Pietrzak, a to Górniak…

I tu, brawa dla Kurskiego!