Na początek, bardzo ważna uwaga!!!
 
Nie jestem rasistą.
Obce mi są segregacje ludzi w związku z ich kolorem skóry, wyznaniem, narodowością czy innymi wyróżnikami.
I proszę o tym pamiętać, podczas czytania tego wpisu!

Do wpisu sprowokowały mnie wydarzenia, które mają miejsce na granicy polsko-białoruskiej, ale nie tylko. Oczywiście, chodzi o uchodźców.

Dla mnie problemem nie jest pytanie, czy wpuścić tych uchodźców, czy też nie.
Podstawowym pytaniem, w tej sytuacji, jest kwestia, kim oni są.
I nie chodzi mi tu o motywy ich postępowania.

Nie chodzi mi o to, czy idą tu z obawy przed prześladowaniami, czy z chęci ułożenia sobie lepszego życia, czy z innych powodów.

Nie wypowiadam się tu również w temacie ich traktowania przez obie strony granicy.

Zostawmy to.

Znakomita większość ludzi, którzy starają się (różnymi sposobami) dotrzeć na tereny Europy Zachodniej, to ludzie z krajów zupełnie odmiennych, kulturowo i cywilizacyjnie, od warunków panujących w przeciętnym, europejskim kraju.

Takie są fakty i z pewnością nikt nie będzie tego negował.

Jeżeli ktoś urodził się w Afganistanie, Syrii czy innym kraju z tego regionu świata, oznacza to, że różni się od nas diametralnie. I to nie jest ani wina, ani zasługa tego człowieka. To, po prostu, determinuje jego miejsce urodzenia i wychowania.

Pomijam tu nawet kwestie religijne, które w konfrontacji z kulturą europejską, zdać się mogą niezwykle odmienne od naszego sposobu akceptacji.

To też zostawmy.

Naukowcy (statystycy?) z krajów, które przeżyły gwałtowny napływ uchodźców, obliczyli, że jedynie (około) 15% z nich, asymiluje się do warunków panujących w kraju, do którego przybyli. Oznacza to, że jedynie taka grupa uchodźców nauczy się języka, podejmie stałą pracę oraz zacznie żyć (a przynajmniej, będzie się starało) zgodnie ze standardami europejskimi, XXI wieku.

Pozostałe 85% tego nie zrobi.

Rodzi się pytanie, dlaczego tak się dzieje?

Przejdźmy do konkretów.

Wyobraźcie sobie człowieka, który urodził się, gdzieś w Afganistanie lub jednym z krajów zasilających nas, przez Łukaszenkę (lecz nie tylko) w emigrantów. Człowiek, który, przez (przykładowo) 30. lat wychował się w warunkach, poza miejskich.

Chodził do jakiejś szkoły lub nie bardzo.
Mieszka w domu zbudowanym z tego, co się da znaleźć w okolicy. Przeważnie kamień i zaprawa spajająca to wszystko do stanu używalności. W zasadzie, to jest on pasterzem, ale też myśliwym. Nie rozstaje się z bronią. Zresztą, ta broń jest jednym z elementów codzienności. Warunki życia surowe i (według naszych kanonów) bardzo nieprzyjazne.
Najbliższa policja (czy co tam jest) znajduję się 100 kilometrów od jego wioski. Mieszkańcy muszą sobie sami dawać radę z ocenianiem i wymierzaniem sprawiedliwości. Zresztą, granica między policją a mafią, jest niezwykle cienka, bo łapówkarstwo i podobne patologie są normą.

W wiosce rządzi, ktoś, kto jest najmocniejszy ekonomicznie, militarnie (duże słowo) i organizacyjnie.
Układy feudalne.

Owszem, są plusy.

Spora więź rodzinna, szacunek dla starszych i pewna równość pod względem traktowania ludzi przez obowiązujące wyznanie. Z tym, że to wyznanie nie jest raczej motorem postępu. Jakie by ono nie było.

Życie też jest stosunkowo proste – w sensie przewidywalności i rodzaju zajęć.

Niestety, żadne z tych zajęć nie ma odpowiednika stosownego do zajęć Europejczyka XXI wieku. Praca według wzorca „odbijamy kartę o 06:00 i drugi raz o 14:00 – raczej zapomnijmy.

Technicznie, ekonomicznie i mentalnie, nasz bohater jest bardzo zacofany, w stosunku do obszarów, na które chce emigrować.

POWTARZAM!

To nie jest jego wina.

Tam tak jest i to określa osobowość tych ludzi.
A teraz, nagle, bez jakiegokolwiek przygotowania, przesiedlamy takich ludzi w środek cywilizacji europejskiej. Nie oceniam, czy lepszej, czy gorszej.
Ale, z pewnością skrajnie różnej.

I tak, do końca (delikatne stwierdzenie) niezrozumiałej.

Pierwszym odruchem jest obawa.
Ludzie, pod jej wpływem, zaczynają skupiać się w grupy. Terytorialnie.
Getta uchodźców w Paryżu, Sztokholmie czy innych miastach Europy?
To jest odruch pod tytułem „w kupie raźniej”, „między swoimi raźniej i bezpieczniej”. To jest naturalne!

A jak są getta, to są układy, które znamy z USA, gdzie do niedawna (o ile nie do dziś) nikt rozsądny nie pcha się do pewnych dzielnic i miejsc. Są to obszary kryminogenne, bo nuda, bo brak kasy i „niech coś się dzieje”. No i to (czasami prawdziwe a czasami nie) przeświadczenie, że jesteśmy traktowani jak ktoś gorszy i marginalny. Czy wręcz szkodliwy.

Do tego darmowy (lub prawie) socjał, lepszy lub gorszy, nie nastraja zbytnio do wysiłku skierowanego na zmianę sytuacji. To jest ludzkie. Jak masz coś za darmo, to po co mieć, to samo (lub niewiele lepiej), za zaprzęgnięcie się do pracy nakładczej. Szczególnie, jak nie masz takich nawyków.

Owszem, niewielka część się zasymiluje.
Większość (w tym pokoleniu) – nigdy.

Trochę lepiej będzie z ich dziećmi i wnukami. No, ale to będą pokolenia, które urodzą się, wychowają i okrzepną w innej rzeczywistości. Nauczą się języka, którego brak jest olbrzymią barierą, przyzwyczają się do techniki XXI weku i sposobu życia obowiązującego na danym terenie.

Nawet getto nie jest szczelne i to ma przełożenie na pewne zmiany w świadomości pokoleń zastępujących pierwszych emigrantów. Tyle, że to wymaga czasu. Długiego czasu. Mentalności (a szczególnie tej grupowej) nie da się zmienić na pstryknięcie palcami.

Żyjemy w kraju, w którym brak środków finansowych na wiele niezwykle istotnych spraw. Służba zdrowia, szkolnictwo, infrastruktura przemysłowa czy innowacje technologiczne. Polska jest, obecnie, dość ubogim krajem. Takie są fakty, bez względu na to, że prężymy mizerne muskuły.

Uchodźcy kosztują.

Kosztuje ich utrzymanie, kształcenie, zapewnienie bezpieczeństwa im i tym, którzy mogą być obiektem ich agresji. Tak to działa. A tych (ukrytych) kosztów jest sporo więcej.

Czy nas stać?

Oczywiście, zdaję sobie sprawę, że również wśród nich jest sporo jednostek wartościowych. Są poeci, pisarze, artyści, społecznicy i wszelkiego autoramentu ludzie o podwyższonej świadomości społecznej. Tyle, że w statystyce, wychodzi to bardzo mizernie.

Przykłady oglądamy w całej Europie. I to w krajach dużo bogatszych i lepiej zorganizowanych od nas. I nie wygląda to dobrze.

Powtarzam!
Wszystko to, co powyżej, to nie jest wina uchodźców.

To jest, po prostu zderzenie cywilizacyjne i żadne opowieści o humanitaryzmie, i tego typu podobnych (zresztą, słusznych) ideach, tego nie zmienią.

To tyle, jeżeli otrzepiemy sytuację z teorii.

Teorii, która jest zawsze tą ładniejszą siostrą praktyki.

P.S.
Czasami jednak, jest mi ich żal.
Tak, po ludzku.