Do tego wpisu sprowokowała mnie pewna młoda pani, która lała, dość solidnie, chłopczyka (lat, około 6) – po tyłku.
Nie zareagowałem, bo akurat byłem na środkowym pasie (w samochodzie) a pani z dzieckiem, na chodniku.  Tym niemniej…

No, właśnie; bić czy nie bić dzieci?

Mnie ojciec lał. Czasami nawet dość solidnie.

Jak pamiętam – niewiele to pomagało. Często nawet, bywały takie sytuacje, że mimo wiedzy, iż dostanę za coś w tyłek – robiłem to i tak. Bicie niewiele dawało. Można było się do tego przyzwyczaić i traktować jako nieuniknioną (acz nieprzyjemną) część żywota, młodego człowieka.

Zresztą, wtedy dostawali wszyscy. Taka była metoda na dyscyplinowanie dzieci.

Ja swoich dzieci nie biłem. Jakoś serca do tego nie miałem.
I wyrosły na normalne kobiety. Bez patologii i innych odbić.

I dobrze…

Dzisiaj wiem (chociaż to już jakby trochę zbyt późno), że im więcej rozmowy z dzieckiem, tym mniej okazji do tego aby je karcić. Rozmowa wyklucza bowiem, wiele sytuacji.
Bicie – nie.
Bicie nie jest żadnym argumentem. To jedynie słabość bijącego i upokorzenie bitego.

Zresztą, bez względu na wiek czy płeć.

Namawiając do rozmów z dziećmi, nie mówię tu tylko o tych rozmowach, które stosuje się zamiast bicia. Mówię o rozmawianiu z dzieckiem, w szerszym kontekście. Rozmowy z dzieckiem poszerzają mu horyzonty na tyle, że jest w stanie wyjąć z kontekstu pewnych sytuacji te elementy, których starsi nie tolerują.

Przyjazne i rzeczowe rozmowy powodują umieszczenie dziecka w pewnej „zawiesinie kulturowej”. Zawiesinie, odpowiedniej dla wymagań rodziców. Jedynie rozmowa, daje dziecku szersze pojęcie o szkodliwości pewnych czynów.

Nie tylko takie „nie!” lecz bardziej; „nie, ponieważ…”.

A to jest niezwykle istotna sprawa w procesie wychowawczym. Łatwiej znieść (dorosłym też) pewne narzucone schematy, o ile są one postawione w oprawie racji, które te schematy narzucają.

Z każdym dzieckiem (no, może z nielicznymi – nie) można porozmawiać w sposób spokojny, rzeczowy i przyjazny. W sposób, traktujący dziecko, jako małego człowieka, który dopiero się uczy.

Z racji poziomu psychologicznych umiejętności nauczycieli – na szkołę raczej nie ma co liczyć.  Dochodzi jeszcze liczebność dzieci, w stosunku do liczby sensownych (!) wychowawców.

A nam się wydaję, że to szkoła powinna wychować.
Błąd! I to spory.

Obecna szkoła, to (w 95%) jedynie „wtłaczalnia” wiedzy. Na wychowanie tam nie ma czasu. A nawet, jeżeli bywa, to jedynie bywa.

Brak wychowawczej roli rodziców jest dzisiaj dość sporym problemem. Bo nie ma czasu, bo są zmęczeni całodzienną lataniną „za chlebem”, bo obowiązki domowe, bo…

Zostają najprostsze i dające natychmiastowe efekty, metody. Uderzenie, jako ekwiwalent normalnego wychowania. Czasami, można odnieść wrażenie, że dzieci jedynie przeszkadzają.

Bite dziecko to zastraszone dziecko.
Zastraszone dziecko to złość, smutek, niepewność i brak swojej osobowości.

Później wyrastają z tych dzieci, dorośli.

Nijacy, bez swojego zdania, agresywni (bo strach daje agresję), zagubieni i obcy sobie i innym – podobnym.
I co się dziwić, że jest tak, jak jest.

Rozmawiajmy z dziećmi.
To jest ważna inwestycja w ich przyszłość.
I nie tylko w ich.