W każdej rodzinie plączą się różne historyjki o przodkach dalszych lub bliższych, o ich wyczynach, wzlotach i upadkach. Również w mojej Rodzinie istnieje sporo anegdot, opartych na faktach lub nie. Do tej ostatniej kategorii zaliczyłbym przekaz rodzinny, że mój pradziadek od strony mamy, potrafił przesikać stodołę – górą. I nie dlatego, że stodoły były wtedy takie niskie a z powodów indywidualnych zdolności mego protoplasty.

Natomiast historia, o której chcę wspomnieć jest autentyczna. Dotyczy mojego Ojca i jego pobytu w wojsku. Ponieważ opowiadającym był mój Tata, trzeba uznać ją za prawdziwą.

Pod koniec służby wojskowej, kiedy to Ojciec dosłużył się odpowiedniego stopnia, został wytypowany do objęcia fuchy w postaci dowódcy plutonu. Pluton (z nowych poborowych)   miał objąć za kilka tygodni.

W tak zwanym międzyczasie, do jednostki przyszedł rozkaz aby nowy pobór nauczyć jazdy na nartach. Skąd ten pomysł u naszych ówczesnych władz? Trudno powiedzieć. Czasy to były dziwne i skomplikowane mentalnie.

U władzy był niejaki Władek Gomółka, którym wielkim intelektualistą i strategiem był (4 klasy podstawówki, jak objął urząd I sekretarza PZPR) – tak więc być może dlatego.

No ale mniejsza o to, dość, że mój Ojciec został pewnego dnia (w luźniej rozmowie) zaskoczony przez swojego przełożonego pytaniem:

– Czy wy kapralu umiecie jeździć na nartach?

Jako, że jednostka znajdowała się baaardzo daleko od gór a mój Tata nie cierpiał negatywnych rozwiązań, tak więc ze stoickim spokojem potwierdził swoje umiejętności. Dodać tutaj trzeba, że dotychczasowe doświadczenia mego Ojca na niwie sportów zimowych, ograniczały się do zjazdów na dupie (za młodu) z górki, w pobliskim parku.

Mówią: Słowo wróblem wylatuje a kamieniem wraca. Wróciło.

Za kilka dni Tata został (rozkazem) zobowiązany do przeprowadzenia szkolenia tego poboru, który miał się pojawić za miesiąc! Zgryzota zajrzała mu w oczy. Czasy wtedy były takie, że rozkaz to rozkaz i bez gadania. Inaczej paka, pudło lub inaczej mówiąc sąd i do pierdla. Na nic zdały się kunsztowne zabiegi dyplomatyczne młodego kaprala…

I tak oto mój Tata, na miesiąc przed przybyciem swoich nowych podkomendnych, zaczął uczyć się jazdy na nartach!

A wyglądało to tak:

Za jednostką znajdował się tor kolejowy na zaśnieżonym, bardzo wysokim nasypie. Ojciec wymykał się nocami z przydzielonymi nartami i… starał się zjechać na tych deskach z tego nasypu.

Smaczku historii dodaje fakt, że wtedy wojsko chodziło w szynelach (takie grube płaszcze) do kostek, butach z onucami i z bronią pod pachą.

Wyobraźcie sobie teraz faceta w katanie do kostek i na nartach, spadającego raz za razem, na bombę – z nasypu kolejowego!!!
W dodatku z karabinem na plecach!!!
W nocy!!!
I to po trzeźwemu!!!

Podobno do dzisiaj w białostockiem, matki straszą niegrzeczne dzieci „duchem z nasypu”.

Nawet kot Behemot u Bułhakowa jest mniej oryginalnym i zaskakującym pomysłem.

Jak Ojciec to opowiadał – masakra.
Gacie pełne…

Tym niemniej jemu wcale nie było do śmiechu. Schudł, sczerniał i jakoś dziwnie zaczął przykuwać uwagę licznymi siniakami, guzami i zadrapaniami na wszelkich częściach ciała. Zrobił się ponury, wyalienowany i jakiś autystyczny. I tak minęły trzy tygodnie.

Nadszedł wreszcie znienawidzony dzień, kiedy to nowy dowódca plutonu musiał rozpocząć nauczanie jazdy na nartach. Trzeba przyznać, że profesjonalne przygotowanie jednak miał, bo po wielonocnych treningach, umiał zjechać z nasypu kolejowego – trochę przypadkowym skosem ale już bez zagrożenia życia okolicznej ludności.

Tak więc nasz Tata, po wygłoszeniu doniosłej tyrady na temat kunsztu narciarskiego i jego przydatności dla obronności kraju… rzucił się w dół z nasypu w kierunku ustawionych w karnym szeregu żołnierzy.

Jak wyszło, tak wyszło… W końcu zjechał jak umiał.

Cały pluton ryknął śmiechem i nawet ostre rozkazy Ojca nie dały wiele. Niewielu z wojaków miało siłę wspiąć się na nasyp ze swoimi nartami. Sił im brakowało, ponieważ nie mogli jakoś powstrzymać się od dzikiego rechotu.
Zajęcia nie odbyły się.

Jeszcze na ich zakończenie Ojciec dowiedział się od swoich podopiecznych, że wszyscy są Góralami i jeżdżą na nartach niemal od urodzenia!
Ale porażka !!!

I tak oto mój Tata wnosił swój wkład w narciarstwo polskie.

Patrząc na wyczyny narciarzy, wspomnijcie mojego Ojca i jego heroizm, bo być może obecny poziom polskiego narciarstwa jest też po części jego zasługą.

Wniosek z tego jest jeden. Nigdy nie przechwalaj się umiejętnościami. Szczególnie tymi zmyślonymi. Nie wiadomo jak to może się obrócić przeciw Tobie! A dobra ściema powinna jednak mieć chociaż trochę oparcia w faktach.

P.S.
I tak całe szczęście, że nie uczyli wtedy w wojsku skoków narciarskich. Z czego by wtedy skakał mój biedny Tata – w ramach podnoszenia swojej doskonałości?

Z dachu latryny chyba…