Zgadzam się z (wiecznie żywym) Jerzym Pilchem, że w życiu każdego, młodego człowieka, zdarzają się momenty, w których chciałby zabić ojca lub matkę.

Lub hurtowo – w towarzystwie innych członków rodziny.

Bywa, że do grona potencjalnych nieboszczyków kwalifikują
się również dalsi członkowie rodziny, ale wtedy to już nie ten sam ładunek emocjonalny.

Zabicie ciotki naszego ojca lub kuzynki ze strony matki, to jest łatwizna. W ich przypadku, śmierć z naszej ręki, nie wymaga aż tak wielkich emocji.

Zabić ciotkę to jest czyn banalny. A tym banalniejszy, im ciotka głupiej się zachowa, w stosunku do nas. A, że ciotki ze strony ojca lub (przeważnie stare) kuzynki matki mają tendencje do czynów wstrętnych i poniżających godność młodego człowieka to…

BANG!
BANG!
BANG!

Ciotka leży z dziurawą głową i wywalonymi gałami.
Mózg kapie na dywan a w człowieku, powoli cichnie ciemna strona Mocy.

Bywa, że niektórzy członkowie rodziny konają kilkukrotnie podczas jednej wizyty. Czasami w wirtualnych męczarniach. I jakie one by nie były – przeważni są za małe!

Przy świątecznych spotkaniach rodzinnych – bywają jatki!

U mnie przykładem takiej ciotki (ta, akurat przyszywana) była ciocia Danusia. Ciocia padała trupem już podczas powitania – tuż za progiem. Miała taką manierę, że jak się ze mną witała, to łapała mnie, tłustymi (w sensie: grubymi) paluchami za policzek i targała nim jakby to było świńskie ucho.

No, i koniecznie ta sama mantra:
– Adrianek, jaki ty śliczny chłopiec jesteś.

A ludzie patrzą na ciebie z ciekawością taksatorów świń, żeby ocenić czy faktycznie jesteś taki śliczny. A tu nawet ryja nie ma gdzie schować. A tu konwenans, pilnowany histerycznie przez Mamę, każe uśmiechnąć się, pocałować ciotkę w mankiet.

I wyglądasz, przy tym, jakbyś miał ostatnią fazę tężca – taki ten uśmiech radosny i naturalny.

Dodatkowo, ty masz już 12-13 lat i wszelkie kontakty z ciotkami, wujkami, kuzynkami, etc… (na bazie początków pierwszego buntu młodzieńczego) są obrzydliwe, mocno ryzykowne i niehumanitarne.
Kochana ciotunia Danusia…

(w głowie, szczęk przeładowywanej broni i…)

JEB! JEB! JEB!

Trzy strzały w brzuch.
Niech się męczy stara krowa.

(…)

Ale miało być o pierwszym moim zabójstwie.
Zabójstwie mojej Mamy.

A działo się to dużo wcześniej.
Miałem może z 5-6 lat.

Na naszym osiedlu wysiadł prąd.
W tych czasach, ludzie byli bardziej samodzielni i nawet nikomu, do głowy, nie przyszło, żeby wzywać jakieś Pogotowie Energetyczne, lub cokolwiek o podobnej specjalizacji. Ludzie wychodzili z założenia, że nie po to wojnę wygraliśmy, żeby sobie nie dawać rady z podobnymi duperelami. I sobie dawali.

Naczelnym fachowcem osiedlowym (od elektryki) był niejaki Wrzesiński. Kawał chłopa. Tak, ze 120 kilo.

Napisałem „od elektryki” bo osiedle miało fachowców na każdy przypadek. Niejaki Adam (nasz sąsiad) był od hydrauliki. O ile, akurat był na tyle trzeźwy, żeby wyjść z chałupy. Majsterek (takie nazwisko) zajmował się murarką sąsiedzką a kilku innych – pozostałymi udrękami życia codziennego, na Pradze Północ (Warszawa, ulica 11-Listopada 15).

Ale wróćmy do feralnego dnia, w którym to zostałem matkobójcą.

Wrzesiński sterczał na drabinie i grzebał coś w skrzynce odpowiedzialnej za prąd. Widocznie usterka była bardziej skomplikowana niż nawinięcie drutu na przepalony bezpiecznik, bo pomstował coś pod nosem, słowami stosownymi do dzielnicy, na której się wtedy wychowywałem.

Jako chłopczyk ciekawy życia i wszelkich jego aspektów, od czasu do czasu, zawracałem Wrzesińskiemu, jego grubą dupę, (stosownymi do sytuacji) pytaniami:

– A co to za skrzynka?
– A skąd ma pan klucz?
– A drabina to od Kamieniarzy?

No, i dalej, z tego zakresu.
Wrzesiński nie był akurat, zbyt rozbuchany konwersacyjne i zgrzytał pieńkami za każdym razem, kiedy moja skarbnica wiedzy potrzebowała nowej odpowiedzi.

W końcu nie wytrzymał.
Zlazł z drabiny (ze brzydkim słowem na ustach), złapał kombinerki i klapiąc nimi straszliwie, zaczął się do mnie zbliżać z okrzykiem:

– DAWAJ JAJCA, DAWAJ JAJCA…!!!

Ludzie.
To nawet nie był strach. To było coś głęboko w trzewiach. Groza sytuacji i wizja moich jajek w kleszczach Wrzesińskiego była paraliżująca. Tym niemniej, jakimś ostatkiem instynktu samozachowawczego, zacząłem uciekać przed moim oprawcą.

Wpadłem do domu, w którym była jedynie Mama.
Z rykiem histerii i płaczem opowiedziałem, zachłystując się smarkami, tę traumatyczną historię.
I tu właśnie moja Mama włożyła głowę w pętlę.
Posłuchała mojej opowieści i…

ZACZĘŁA SIĘ ŚMIAĆ!

I to tak, że aż łzy jej pociekły.
Śmiała się na pół dzielnicy.
Śmiała się tak, aż położyła się na łóżku z niemocy spowodowanej tym rozbawieniem.

Stałem zdrętwiały, wciąż jeszcze przerażony i…
Powoli zaczęło, we mnie, pączkować coś niedobrego.

To ja tu, prawie, zginąłem.
To moje jajka ledwo wyszły z fatalnej opresji.
To ja poczułem pocałunek Śmierci…

W tym momencie, zabiłem swoją Matkę!

Oczywiście, na miarę mojej (ówczesnej) wyobraźni.
Bez szczegółów, bo byłem zbyt młody, żeby to ubrać w konkretny obraz egzekucji.

ALE ZABIŁEM!

Uciekłem, po tym fakcie, na podwórko i ryczałem jakiś czas w krzakach. Od tego momentu, z biegiem lat, moja recydywa była przyczynkiem wielu innych śmierci.

Do dzisiaj, uzbierałby się, całkiem niezły cmentarzyk.