Za komuny jednak było lepiej.
Przynajmniej literatom i satyrykom.

Literat, żeby się dostać do Związku Literatów Polskich (i opływać w uznanie tłumów) musiał wydać, co najmniej, jedną książkę i dwóch kolegów.

Satyrykom, komuna też dawała pole do popisu. I to nie tylko rzeczywistością wokół.
Dawała (wybranym) możliwość ukazywania tej rzeczywistości w lekko krzywym zwierciadle.
Mniej więcej – od czasów, połowy Gierka.
Wcześniej, jakoś nie bardzo było jak, bo zgodnie z anegdotą – komuna zbierała kawały o sobie, razem z tymi, którzy je opowiadali.
Ale potem, ktoś zauważył, że danie stadu takiego „wentyla bezpieczeństwa” jakim jest humor sprawia, że to, co jest groźne robi się śmieszne. A ze śmiesznym, raczej nikt nie walczy. Przynajmniej na poważnie.
I tak, na fali tej teorii, niektórzy (!) dostali niepisane prawo do lekkiego „szturchania” komuny.
Czy też tego, co w tych czasach mieliśmy.
Starsi z Was, zapewne pamiętają wszelkiego rodzaju Kabaretony, programy w TV i te w klubach i salach widowiskowych.
A było tego trochę.

I tak rodziła się legenda tych, którzy „dokładali” komunie.

Dzisiaj jednak, mało kto zdaje sobię sprawę z tego, że wszelkiego rodzaju tego typu zajścia, były dość dobrze kontrolowane przez odpowiednie władze. Satyrycy dawali to, na co zgadzał się GUKPPIWczyli stara, dobra cenzura.

Oczywiście, były wyjątki. Czasami któryś z satyryków „dał po całości”.
Tyle, że był to przeważnie jego ostatni występ przed jakąkolwiek publicznością – oprócz rodziny i znajomych.
Ale, zdarzało się.

Satyrycy tamtych czasów, dzisiaj obgryzają resztki dawnej świetności.
Dają do zrozumienia, że „mimo to…”, „wbrew…” i tak dalej.
A prawda jest taka, że robili „pod komunę” za komunistyczne pieniądze.
A kombatanturę dorobili sobie dopiero w tych czasach, kiedy to komuna miała już dość pełne gacie i nie zawracała sobie głowy satyrykami.
Wtedy, kiedy już nikt we władzach, nie przejmował się specjalnie radosną twórczością tych osób.
Wtedy, kiedy to można już było gadać wszystko i o wszystkich.
I wszędzie.

Inną, symptomatyczną sprawą jest to, że w czasach, kiedy owi państwo (satyrycy) dochodzą do pewnego wieku – robią się bezpłodni. Stare kawałki już nie bardzo idą (chyba, że Polonia, w USA, zamówi sobie taki skansen), nowych kawałków już nie bardzo da się stworzyć – bo i łeb już nie ten a i czasy mniej czarno-białe. Już nie wystarczy pociągnąć jakimś grubym wicem – z przymrużonym okiem – żeby publika szalała.

Satyra polityczna zeszła do poziomu fatalnego a na wyższy to trzeba jednak coś potrafić.

Niewielu dzisiaj zostało satyryków, którzy obronili się przed upadkiem z piedestału.
Na palcach jednej ręki można ich policzyć.

W ramach zastępstwa twórczego, obecni emeryci satyryczni, przerzucili się na kolejną łatwiznę – do której zawsze byli przyzwyczajeni.
Zauważyliście, że im są starsi, tym więksi z nich robią się politycy?
A raczej quasi-politycy, bo do polityki jednak też trzeba mieć coś w głowie.
Panowie eks-satyrycy chcą być teraz drogowskazami moralności, poprawności i jedynie słusznej drogi.

Słucham czasami (jak nie zdążę przełączyć) ich bełkotu i aż brzuch mnie boli od tego.
Stare, cwane lisy – jeszcze na starość chcą pobrylować.
Jeszcze zaistnieć.
Za wszelką cenę.

Ja rozumiem, że jak ktoś przywykł do poklasku stada, to mu ciężko bez oklasków.
Rozumiem, że ciężko pogodzić się z tym, iż się scenicznie umarło.
Odstawienie od popularności boli jak cholera.
Ale powinna być jednak jakaś linia, której nie wolno przekraczać.
Powinna, ale nie ma.
Wstyd i tyle.

P.S. I
Zjawisko poruszone w tej notce, dotyczy również niektórych artystów z innych podwórek.
Wypalonych piosenkarzy, pisarzy czy aktorów.
Lub odstawionych na bocznicę z innych racji.
Tym niemniej – wstyd ten sam.

P.S. II
O satyrykach nowej fali nawet nie wspominam.
Raczej nie ma o czym – o ile jest się HOMO (chociaż trochę) SAPIENS.