No i wróciłem do swojego miasteczka. Do Warszawki. Miasta, do którego mam uczucia dość mieszane.
Kochane, cholerne Miasto.
Przez 100 dni szukałem rozumu, spokoju, siebie.
Na dobrowolnym wygnaniu.

Szukałem Rozumu.
W całym tym zamieszaniu, składającym się z szumu firmowo – egzystencjonalnego, powoli przestałem używać mózgu, jako wyposażenia kreatywnego i decyzyjnego. Ostatnio posługiwałem się już szufladkami, odruchami stadnymi i ocenami innych. Po prostu dałem się wkręcić w świat, który kreują inni. Jak bezwolny stwór, popychany i poszturchiwany mocami ludzi ustawiającymi mnie do swoich potrzeb i wyobrażeń o tym, co dla mnie najlepsze. Ale to ostatnie – w niewielkim stopniu. A szanowny rozumek… Gdzieś w kąciku, ze zwichniętym kręgosłupem. Siedział i jedynie czasami włączał czerwoną lampkę, jako sygnał mówiący: „Piotrusiu, jest coś do dupy, bo już mnie nie lubisz. A ja tęsknię…

Witaj Rozumku – jestem.

 

Szukałem Spokoju.
Kwoczenie ludziom, sprawom i rzeczom spowodowało, że 24 godziny na dobę byłem w napięciu. We śnie i na jawie. Potrzebnie i nie. Wszystko stało się jednakowo istotne, co spowodowało spłycenie wagi spraw. Jednakowo denerwowały mnie sprawy ważące jak i te, które nie powinny zająć więcej uwagi niż drobny incydent. Sprawy incydentalne powodowały kołowrotek wirtualnych rozwiązań. Kołowrotek generujący setki możliwości. Z tendencją do czarnych scenariuszy i katastroficznych rozwiązań. Energię zużywałem do walki wewnątrz. Walki, która nie miała prawie nic wspólnego z rzeczywistością. Taki samograj, który generuje problem po to aby mieć z czym walczyć i na tej bazie tworzyć kolejne pesymistyczne wirtuale. Spirala, która doprowadza jedynie do wycieńczenia w tunelu, który istnieje jedynie w formie myślokształtów.

Witaj Spokoju – jestem.

 

Szukałem Siebie.
Życie w sposób, który dałem sobie narzucić powodowało, że moja osobowość kapitulowała. Coraz mniej czasu i Energii miałem na analizę i określenie tego, na ile moimi sprawami steruję ja a na ile coś lub ktoś. Powoli pouciekały te elementy, które cenię w sobie, które doprowadziły do wcześniejszego renesansu mojej osoby. Zaszpachlowałem samego siebie papką składającą się z tego, co wypada i czego oczekują inni. Mnie było mniej, mniej, mniej… aż prawie wcale. Przestałem rozumieć samego siebie. Cyborg, który zajął miejsce we mnie, nastawiony był na zupełnie inne wartości niż te, które cenię i które zawsze decydowały o tym, że stałem obok stada. Czasami jedynie coś szarpnęło w środku… Ale już nie miałem siły i czasu na zajrzenie w siebie. Lub raczej w te ogryzione resztki, które pozostały z JA.

Witaj Piotrze – jestem.

 

Oczywiście, te wnioski w postaci „Witaj…” są chwilowo moimi chciejstwami. Na ile mi się udało przeorganizować wewnętrzny krajobraz – zobaczymy. Tym niemniej po raz pierwszy od… wieków, dałem sobie szanse na Wielki Powrót. Zatrzymałem większość motorków w głowie, uciąłem wiele nici do spraw i ludzi, podsuszyłem gówniane bajorko – miejsce ostatniego mojego pobytu. Przez te 100 dni udało mi się wychynąć ze skorupy i obejrzeć to wszystko z boku. Siebie – okiem obserwatora. I powiem Wam, że nie był to dobry widok.

Teraz jest we mnie wiele pustych miejsc, które pozostały po tym, co wyciąłem z siebie. Cała sztuka polega na tym aby te miejsca zapełnić tym, co chcę JA a nie tym czego spodziewają się inni. Bo ci inni nigdy nie będą wiedzieli jaki jestem naprawdę. Nie będą wiedzieli co jest naprawdę dla mnie dobre i naturalne. A nawet jeżeli będą mieli taką wiedzę, to znowu postarają się nawtykać na powrót to wszystko, co im pasuje. To wszystko, co służy do wykorzystania mnie do ich celów. Mniej lub bardziej świadomie czy w sposób mniej lub bardziej zakamuflowany. Ale nieuchronnie. Bo taka jest natura ludzi. Podporządkować! I taka jest historia słabych – służyć. Być nawozem dla planów i dążeń innych.

Kosztem swojego wyprzedanego lub umierającego powoli JA.

I tyle teorii.

Witaj Życie – jestem.