Przejdź do treści
Strona główna » Blog » Ja jebię, ale masakra…

Ja jebię, ale masakra…

  • przez

(Uwaga: ten tytuł jest tendencyjny!)

W roku 2021, jedynie 38% Polaków przeczytało, co najmniej, jedną książkę.
Z tego, 72%, to ludzie po 40. roku życia. Tyle, oficjalne statystyki.

W związku z tym, tytuł tego wpisu starałem się “podrasować” polszczyzną, która (być może) zachęci młodych do dalszej lektury. 

“…Więc kimże w końcu jesteś?
– Jam częścią tej siły, która wiecznie zła pragnąc, wiecznie czyni dobro.”
Johann Wolfgang Goethe – FAUST.

…Więc kimże w końcu, kurwa, jesteś?
– Jam, kurwa, częścią tej siły, która wiecznie zła pragnąc, wiecznie czyni, kurwa, dobro.”
To nie jest cytat z Fausta!

Ale jest większa szansa na to, że współczesna młodzież sięgnie po ten drugi wariant, niż po oryginał.
Pewnie jest bliższy młodym sercom.
Może to jest jakiś pomysł…

Już nie pamiętam kto, a szukać mi się nie chce, powiedział, że naród można “wyjałowić” z myślenia i prawidłowego rozwoju, odbierając mu możliwość czytania książek. To nie jest cytat, a jedynie kondensat pewnej, znacznie szerszej dysertacji, na ten temat. Nie mojej, bo ja bym to rozszerzył o pewne zastrzeżenia natury krytycznej.

Jeżeli któryś młody Czytelnik zabrnął aż tak daleko, że (w dalszym ciągu) czyta ten tekst – gratuluję.
Zdania złożone (podrzędnie i współrzędnie), w liczbie przewyższającej 5.7 centymetra tekstu (na ekranie komputera) są już przeważnie tak skomplikowane, dla obecnego odbiorcy, że trzeba niezłej gimnastyki (za przeproszeniem – intelektualnej), aby kogokolwiek zachęcić do śledzenia ciągu dalszego. Czegokolwiek.
Dodatkowo, brak emotikonek, odstręcza od męczenia się nad tekstem. Łatwiej zrozumieć (niestety) uśmiechniętą, żółtą buźkę niż wywody autora, dotyczące jego, aktualnego stanu ducha.

Wracając do meritum – nie czytamy książek!
Mamuty, w moim wieku, wprawdzie wpływają (pozytywnie) na tę statystykę czytelnictwa, ale nie jest to objaw podnoszący na (narodowym) duchu, bo osobniki z mojej półki wiekowej, wielkiego wpływu na “reality show” już nie mają i całe to ich oczytanie mogą sobie wsadzić. Do trumny (przykładowo) lub innego miejsca stosownego dla ich wieku oraz pozycji społecznej.

Sytuacji nie poprawia fakt, że młodzi siedzą, całymi dniami, w komputerze, ponieważ nie wydaje mi się, żeby “Warcraft” czy inny  “Raid: Shadow Legends” mogły by być zamiennikiem żmudnej sztuki czytania. 
No, i zrozumienia.

Nie będę tu wklejał jakiegoś apelu do młodych, traktującego o tym, że bez lektur można zostać matołkiem intelektualnym i niemotą. Mam jednak pewne uwagi dotyczące doboru lektur, o ile już ktoś uprawia tę schyłkową dyscyplinę.

Młodzi!
Nie czytajcie autorów piszących na uchodźctwie czy innej formie (jakakolwiek emigracja) trwałego oddalenia od ojczyzny.
Oni mają łzawe klapki na oczach i ich pojmowanie rzeczywistości trąci zapaszkiem bogoojczyźnianym i szlochem rwącym pierś, za tymi wierzbami nad Wisłą czy innymi atrybutami, subiektywnie, kojarzącymi się ze Starą Ojczyzną. W dodatku, w ich pisaninie, Polska wydaje się krajem mlekiem i miodem płynącym, co może jest na rękę obecnej ekipie rządowej, ale nie ma się nijak do realiów.
To są ludzie, którzy nawet jeżeli dostaną, od rodziny paczkę, w której znajdą kawałek kiełbasy podwawelskiej, podwędzanej, to muszą to opłakać, opisać i wydać drukiem. No, a później, minister Czarnek robi z tego lekturę dla klasy V szkoły podstawowej. Autorów nie będę przytaczał, bo by mnie prawdziwi Polacy i patrioci usmażyli na wolnym ogniu. A żyć (mimo wszystko) się chce!

Moja przestroga dotyczy również literatury powstałej w okresie międzywojennym. Mam na myśli ten okres, między pierwszą a drugą wojną światową. Po okresie zaborów, część piszących (prozą, wierszem lub w sposób nieokreślony) nie nadawała się  na wieszczów narodowych, bo miłe jej było panowanie carów lub innych “bismarcków”. Resztę albo wywalili na różne “sybiry”, albo zneutralizowali nam zaborcy. Ci, którzy pozostali wierni Polsce i ostali się na terenie zaborów… No, bez pozytywnej histerii czytelniczej.
Tym niemniej, ojczyzna nam się odrodziła i trzeba było dobrać z tego co jest, bo jakże to tak – naród bez kultury pisanej!
No, i dobrano.

Ogólnie, styl międzywojenny, można zaliczyć (na szczęście, jedynie po części) do nurtu literatury patologicznej. Tę część omijajcie, moi drodzy.!
Pijaki, ćpuny, paranoicy i wszelkiej maści niezrównoważone typy. Dla sprawiedliwości, byli również normalniejsi i zupełnie normalni. Nawet wielu. Może większość?
Tym niemniej łyżka dziegciu, w beczce miodu, robi swoje. Kluczem doboru był (najprawdopodobniej) niezdrowy styl życia a co za tym idzie – utwory, nad którymi można spędzić pół życia i dalej nie wiedzieć “co autor miał na myśli”. 
Jeden z nich, taki bardziej “na tronie literatury”, po przeczytaniu jednego ze swoich dzieł, obiecał sobie, że już nigdy nie będzie mieszał alkoholu z narkotykami. I słowa dotrzymał. Odtąd pisał albo po alkoholu, albo po narkotykach. No, może jestem trochę złośliwy.

Literatura współczesna jest również pewnym polem minowym. W związku z tym, że obecnie pisze (prawie) każdy, możemy się naciąć na całkiem niezłe wybroczyny. Dzieje się tak, ponieważ cześć piszących stać na wydanie książki własnym sumptem. A drukarni “wsio ryba”. Płacą – drukujemy!

Obiecuję, że jeżeli kiedykolwiek przyjdzie mi, do głowy, chora idea napisania czegoś i wydrukowania – będzie na tym “dziele” ostrzeżenie przed szkodliwością wpływu treści na młode (co za tym idzie: miękkie) psychiki.
Tym niemniej, mam nadzieję, że mój narcyzm ma jednak pewne granice i do tego (pożal się dowolny panie boże) wydarzenia nie dojdzie.

O czym donoszę w formie pisemnej, żeby (chociaż, w ten mizerny sposób) podnieść wydajność czytelniczą w tym kraju.

P.S.
W latach 70-tych ubiegłego wieku, naukowcy niemieccy, z przerażeniem stwierdzili, że przeciętny, niemiecki rolnik (chłop) posługuje się, na co dzień, (około) 350 słowami. Wtórny analfabetyzm, to nie tylko zanik umiejętności pisania i czytania. To również sposób komunikacji międzyludzkiej.

Udostępnij wpis innym: