Spotkałem się wczoraj z opinią na mój temat mówiącą, że jestem kulturalny.
No i po pierwszej chwili zadowolenia, opadły mnie pewne zgryzoty.
Kulturalny, w samej rzeczy oznacza:
Spełniający normy kulturalne, obowiązujące na danym terenie. Kulturalny, nie jest określeniem uniwersalnym dla każdej grupy etnicznej, wyznaniowej lub uwięzionej geograficznie. Dla ułatwienia rozumowania zdesperowanego odbiorcy moich gramot – taki przykład.

W puszczy nad Amazonką (w niektórych rejonach), za kulturalnego uchodzi facet, który nosi penisa w drewnianym schowku i wyciera dupę liściem rośliny tropikalnej. Co oczywiście, nie znaczy, że ten sam przydomek (kulturalny), uzyskałby z tym przyodziewkiem i higieną w naszym kraju.

Wracając jednak do moich rozterek.
Żyję w kraju, gdzie normą kulturową jest czytanie 1,45 książki rocznie.
W kraju, gdzie rolnik kąpie się radośnie 0,9 raza a inteligent z dużego miasta 3,2 – w tygodniu.
To są niepublikowane dane OBOP-u!
W kraju, gdzie „kurwa” jest znakiem przestankowym, w trakcie narracji, składającej się w większości przypadków z zakresu znajomości 350 słów.
W kraju, gdzie wiedza szersza może służyć, w najlepszym przypadku, za powód do niechęci innych i wyalienowania.
W kraju, gdzie głupota walczy o palmę pierwszeństwa z kurestwem i wszechogarniającą obłudą.
W kraju, gdzie dać komuś w ryj – jest „cool” a odpuścić, to czyste frajerstwo.

W kraju, gdzie na pewno jest też dużo dobrego.
Tylko komu to potrzebne.
I to, moi drodzy, jest Wzorzec Kultury tutaj obowiązujący…

Pieprzę.
Nie chcę być kulturalny i wypraszam sobie takie obraźliwe określenia…